Piątek, Lipiec 30, 2021, 18:59 | Brak komentarzy »
Byłam...

wizażystką, stylistką, kolorystką, stylistką rzęs...

...w tych powyższych: animatorem, testerem, konsultantem indywidualnym, doradcą, szkoleniowcem... swego rodzaju beauty coachem...

Poznałam na wylot wiele marek kosmetycznych i wiele kosmetyków jako takich...
L'Oreal, Maybelline, Gosh, Deborah, Nouba, Chanel, IsaDora... to tylko część brandów, z którymi miałam okazję pracować...
Sesje zdjęciowe magazynów typu Oliwia, Tina, Avantii, Arkadia, były moją codziennością...
Z Perfumeriami Douglas zrosłam się na jakiś czas niczym druga skóra...

Obstawiłam swoją pracą kilka zajebistych pokazów, projektów i warsztatów, zrobiłam kilka zajebistych metamorfoz...
i odprawiłam na nowe drogi życia wiele cudownych Panien Młodych...

Dzięki ogromnemu szczęściu i pracy nad sobą, miałam okazję poznać mnóstwo wartościowych osób w branży i poza nią...

Miałam również okazję, jakoś tak wyszło, w tej branży parę osób ostro wnerwić i złapać z tego powodu kilka zacych banów oraz telefonów lekko pogróżkowych...

16 lat
Tyle czasu mojego zawodowego życia, owe powyższe objęły w posiadanie na więcej niż etat.

Utożsamiałam się ze swoją działalnością zawodową w pełni.
Uwielbiałam czas spędzony z kobietami i uświadamianie im mnogości możliwości wyrażania siebie, kreowania siebie, które mają na wyciągnięcie ręki.
Zakres posiadanych narzędzi, pozwalał mi zmieniać co trzeba, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki...

Uwielbiałam sesje zdjęciowe, gdzie cała ekipa ludu, dogrywała wspólnie zamierzony, idealny obrazek.

Uwielbiałam wszelkie eventy, w które mogłam popaść całą sobą, dokonując rzeczy czasem niemożliwych.

Pokazy, szkolenia, nagrania...

Ludzi z branży mojej i pokrewnych.

Piękne flow w działaniu...

W roli drugoplanowej byłam: słuchaczem, powiernikiem, wsparciem...

Uwielbiałam zmianę jaka zachodziła w kobietach po wizytach u mnie...
Ich uśmiech i błysk w oku.
Ten moment, kiedy widziałam, że są z siebie zadowolone, że się sobie podobają, że zobaczyły nową wersję siebie, ale nadal siebie. Zobaczyły, a może odkryły swoje nieznane oblicze.

Uwielbiałam, kiedy ich odwaga w odkrywaniu siebie rosła...
Kiedy rosła ich pewność siebie...
Kiedy bił od nich coraz większy blask...

Uwielbiałam popadać całą sobą w te stany twórcze...

Uwielbiałam...
Kropka.

Płynęłam sobie w tym wszystkim, podróżowałam fizycznie i metaforycznie...
Wszystko było super, do czasu...

Do czasu, aż zamieniłam swoje życie, na życie we własnym stadzie.

Aż zobaczyłam, że na tamtej przestrzeni wysyciłam już wszystko, co mnie cieszyło, tworzyło i pozwalało mi tworzyć...
Aż zobaczyłam, jak wiele jednak w tamtym świecie było budownictwa na piasku...
Aż zobaczyłam inną perspektywę i inny świat, który pozwolił mi na naukę nowego i złapanie zupełnie innego punktu odniesienia do tego, co było dotychczas...

Walka wewnętrzna na szali lojalności toczyła się we mnie długo...
Lojalność wobec pracy, jak to mawiają „pasji", lojalność wobec klientek i współpracowników, z drugiej strony lojalność wobec rodziny i dzieci, aż wreszcie zdefiniowanie czym jest lojalność wobec siebie samej...

Aż mimo teoretycznie trwającego flow i rozwoju, wszystko szło jak po gruzie...
Praca z jednej strony nadal mnie satysfakcjonowała, z drugiej, toczyła moje życie niczym głaz los Syzyfa...

Kiedy idziesz właściwą ścieżką, jest ona lekka... a przynajmniej czujesz, że oczywista....
Ta moja droga od pewnego momentu lekka nie była, choć oczywistym było niby, że jest mi to przeznaczone...

Po odrzucaniu kolejnych współprac, kontraktów, zrzucaniu usług z listy oferty, mierzyłam się długo i często z zarzutami o odrzucenie, porzucenie, pozostawienie klientek samych sobie, „bo jak nie ja to kto"...?
No cóż... w moich zawodach pracuje nas wiele, ja jestem jedna.
Dla siebie jestem jedna.
Dla moich dzieci jestem jedna.

Poziom bodźców, które kiedyś przenikały mnie na wskroś i niosły w świat, zaczął być nie do zniesienia.

Cisza upominała się o mnie coraz intensywniej, rozkładając często na łopatki moje ciało, żebym miała wreszcie czas jej posłuchać.

Aż przyszedł dzień kiedy poziom pytań narósł na tyle, żeby spokojnie rzucić wszystko i zmienić życie totalnie.
I pomimo zdziwienia świata, to był ruch dla mnie bardziej niż oczywisty.

Zatrzymanie moje trwa już ponad rok.

Mam w nim życie swoje i swoje życia nauki.

Działanie nie odpuszcza mojej przestrzeni, ale jego formy są zupełnie inne.

Czasem dni, czy tygodnie wyglądają jak etap wrzucony do pralki na program o różnej temperaturze, czy intensywności, jednak finalnie jest dosłownie czyściej, jaśniej, lżej i swobodniej.

Popadam teraz w bodźce innego zupełnie rodzaju, słucham i czerpię z innych nauczycieli, zwracam oczy i wyciągam dłonie opieki w swoją stronę...

Napływają odpowiedzi na bieżące, ale i z czasem pozornie zapomniane pytania...

c.d.n. ...

LuV U
milka

milka giemza bylam joanna pawlikowska backstagefot. Joanna Pawlikowska

milka giemza bylam backstage materialy douglas
milka giemza bylam backstage materialy douglasfot. materiały PR Douglas

milka giemza bylam backstage materialy isadora
milka giemza bylam backstage materialy isadora
milka giemza bylam backstage materialy isadorafot. materiały PR IsaDora


Piątek, Lipiec 23, 2021, 21:15 | Brak komentarzy »
"Czuła przewodniczka" chodziła za mną długo... i nie umiem okreslić dlaczego było nam nie po drodze, choć ewidentnie jakoś było, bo w myślach mi się kręciła zdecydowanie...
Aż dostałam wiadomość, od Pięknej Duszy... "Ty jesteś taka czuła przewodniczka kobiet. (...) Dziś czytałam tą książkę, a później słuchałam Ciebie - pierwsza myśl i pierwsze skojarzenie."

Nadszedł więc czas.

Kiedy zaczynałam ją czytać nie miałam żadnych oczekiwań.
A jednak po przeczytaniu kilku stron, byłam... hmm...  ciężko to określić... zaskoczona...? Bo jednak nie tego się spodziewałam...
Niesamowite, jak teoretycznie nie spodziewając się niczego konkretnego, weszło we mnie całą, zaskoczenie...
Ale czytałam dalej, bo jednak wciągała z każdą stroną.
Z rytmu tej drogi wybijały mnie kolejne odniesienia do zewnętrznych nawigacji, a zwłaszcza porównania filmowe, bo ze mnie słaby kinomaniak strasznie, przez co nie mogłam dopełnić sobie pewnych obrazów.
Niemniej kilka z tych fragmentów wybiło mnie skutecznie, pobudzając ciekawość i pchając do znalezienia odnośnika.

Szłam sobie więc tą wspólną drogą z autorką, przyjmując budowane obrazy na ile tylko mogłam. Szłyśmy spacerem, a okazało się, że do okładki dobiłam jakoś szybko, co uświadomiło mi, że wcale nie brakuje mi czasu na czytanie, tylko priorytety w życiu mam do bani poustawiane...

I spacer ten był dla mnie bardzo wygodny i wartościowy.
Niczym rozmowa, która odbywa się zmysłami wszelkimi, w ogólnym milczeniu.
Głos niby z zewnątrz, a rozbrzmiewał czasem jak wewnętrzny monolog...

Wreszcie mogłam pogadać z kimś, kto również gada ze sobą.
I pogadać ze sobą, przy rozmowie kogoś obok...

"Czuła przewodniczka" przypomina, jak wiele mamy aspektów siebie...
Jak nasze wnętrze jest bogate i pełne, a bardzo często nie wysłuchane...
Przypomina o tym, że możemy być różne, będąc jednością...
że nabieramy kształtu w drodze życia, czasem się szlifując, a czasem wlewając siebie do czyjegoś naczynia...
Przypomina, że możemy pogadać przede wszystkim ze sobą i że przede wszstkim MAMY SIEBIE.
Przypomina albo uświadamia...

Mi przypominiała jak bardzo potrzebuję swojej przestrzeni.
Własnej, prywatnej... nawet od najbliższych... jedynie swojej... twórczej...

A uświadomiła jedną tak prostą rzecz... że JUŻ KOCHAM SIEBIE.
Bo przecież kocham.
Bo wszystko co robię, bardziej lub mniej udolnie, jest z miłości do siebie...
Bo idę drogą do siebie, więc idę z miłości...
Bo idąc ciągle do innych idziemy po miłość. 
Łaknąc i szukając...
A siebie szukamy z miłości, którą wreszcie, już, do siebie poczułyśmy.
Nie, nie szukamy, ODKRYWAMY.
Tak... miłości się szuka, z miłości się odkrywa.

Uświadomiła mi jak bardzo potrafiłam się biczować, słuchając od przewodników wszelkich, że siebie nie kocham...
że popełniam błędy, bo siebie nie kocham...
że ciągle rezygnuję z siebie, bo siebie nie kocham...
że nie potrafię prawdziwie kochać na zewnątrz, bo siebie nie kocham...

Nie grało to ze mną ani trochę. 
Dlatego bolało.
Słuchałam od "wiedzących", a czułam zupełnie co innego.
To był początek mojej drogi do podważania wszystkiego i głębokiego czucia, ale to na inny wpis.
W każdym razie ta z moich dróg była trudna i bolesna bardzo...
Również bardzo, zmieniła moje życie.
A tutaj, spokojnie, podczas wspólnego spaceru, otrzymałam lekkie, ciepłe podejście z zupełnie innej strony.
I myślę, że gdybym trafiła na tą książkę ładnych parę lat temu, to wiele moich dróg wyglądałoby inaczej... co nie znaczy, że chciałbym czas cofnąć...
Moje drogi, moje nauki.

Jeśli trafi ta książka w Wasze ręce, to weźcie z niej ile trzeba, prosto do serca, a potem poślijcie ją dalej... przekażcie potrzebującemu... niezależnie od płci, bo myślę, że to dobry początek dla trochę pogubionych, czy poszukujących...
czy dla tych, którzy trochę się zapędzili w świecie...

To fajny spacer z dobrą koleżanką...

Dziś wyjątkowo czuło Was ściskam...
LuV U
milka

milka giemza czula przewodniczka natalia de barbaro

Czwartek, Lipiec 15, 2021, 15:43 | Brak komentarzy »
Miło tak, z mojej strony, zapraszać Was na jedno konto, na którym jest pusto...

Hesus Maria, ależ mi się życie znowu wywróciło w ciągu ostatniego tygodnia...
Co za tym idzie, akcja reakcja, wywracam i wszystko na zewnątrz...

Generalnie wygląda to na kolejny etap porządnie zaawansowanego niezrównoważenia... cóż... niewiele się to rózni od mojego wcześniejszego funkcjonowania... może tym, że coraz bardziej temu ufam i coraz szybciej w to idę.

Nie mam pojęcia co będzie jutro, nie mam pojęcia co będzie za pięć minut, więc co mi szkodzi...?
Nie należę do ludzi, którzy względem bezpieczeństwa, posiedzą sobie grzecznie i przeczekają ewentualne zagrożenia świata lub po prostu robią co trzeba...
Ja tam nie wiem, co komu trzeba, wiem co trzeba mnie...
A jak nie wiem, to pakuję się, żeby sprawdzić czy coś tam się nie pojawiło, co się może w życiu przydać.

Zwykle, w zamian za to, czy może po prostu efektem takiej postawy, spotykają mnie rzeczy i sytuacje, które podobno normalnie się nie wydarzają.
Normalnie, czyli normalnym ludniom.
Cieszę się więc z braku karty stałego klienta normalności, bo nudno by było jak siemasz...

A więc, tak po krótce, prywatnie utkwiliśmy na budowie w oklepywaniu ścian płytami g-k, żeby już pożegnać się ze starymi tynkami, bo jednak tego wyczyścić nie szło... do tego klepaliśmy to w tempie, bo Młody wyjechał na tydzień, więc mieliśmy plan zdążyć przed jego powrotem, tym bardziej dlatego, że dostał meble, więc chcieliśmy zrobić mu bardziej własny kąt.

W trakcie całej zabawy, w naszym domu postanowiły zamieszkać jakieś niemałe robale, jak się okazało zwane kłopotkiem czarnym...
Babcia w efekcie zmęczenia ową plagą, kłopotka przechrzciła na popierdka i w sumie też pasowało...
Plaga trwała prawie cały ten tydzień...
W dzień klepaliśmy ściany, w nocy klepaliśmy kłopotki... 
Początkowo je zbieraliśmy i wypuszczaliśmy, ale rozmiar nocnej imprezy narósł tak, że trzeba było towarzystwo rozgonić z grbej rury...
Tak, opryskaliśmy w końcu wszystko co było  można.
Tak, teraz czasem w nocy przeleci jakiś, nadając dźwiękiem bombowca, ale problemu jakotakiego już nie ma.

Do tego udało nam się znaleźć super szafy dla Młodej. 
Drewniane, po drobnej renowacji. Do zrobienia, ale akurat na tenczas super.
Do tego do oddania za darmo, bo Pani zależało na zabraniu szaf dość szybko.
Pojechaliśmy więc, zabraliśmy, kobieta przemiła, super się gawędziło, dużo wspólnego mamy jak się okazało, wiec chyba zacna znajomość nam zostanie.
Dnia nastęnego Pani od rana dzwoniła, że jednak musi szafy odzyskać.
Pełne mam zrozumienie, żalu żadnego, powody bardzo logiczne, więc luz.
Pani przyjechała, przywiozła dla Młodej ogromnego misia, żeby choć ciut jej sytuację wynagrodzić i postanowiła od nas owe szafy odkupić.
Tak. Odkupić.
Nie, nie dała sobie przetłumaczyć, że rozumiemy i naprawdę nie trzeba.
Także szaf nie mamy, mamy za to wielkiego misia, zastrzyk gotówki z nieba po prostu i ciepłą znajomość, bo przy kolejnej pogawędce kolejne wspólnoty się okazały.

Tak to u mnie w życiu właśnie.
Uwielbiam.

Tak, nie muszę wierzyć w cuda, w pełni mogę na nich polegać.

To tylko tydzień i tylko te najważniejsze sprawy, bo w międzyczasie oczywiście życie się toczy.

Jeszcze, gdzieś mniej więcej w tym czasie, postanowiłam uczynić konto milka giemza w codzienności, prywatnym.
Nigdy wcześniej nie nosiłam się z takim zamiarem, ale kilka spraw mnie mocno zastanowiło w czasie istnienia tego konta... 
Po pierwsze ludzie, którzy obserwowali mnie teoretycznie niezauważenie, po drugie liczba regularnie odwiedzających kont fakeowych...

A po trzecie... tak w ogóle... jestem sobą.
Jestem Milką.
I dlaczego, w sumie, kurwa, mam się ciągle zastanawiać gdzie jest granica pomiędzy moją prywatą, a moją zawodową ścieżką, która generalnie, od czasu dłuższego kroczy przez puste pola...

Od dawna nie jestem tylko wizażystką, stylistką, czy kolorystką...
Umiem w to wszystko, i że tak to określę nieskromnie, umiem zajebiście.
Ale ludzie pracowali ze mną, bo pracowali ZE MNĄ.
Ze mną, która to posiada owe powyższe umiejętności.
Wiele z tych osób prosiło o Milkę, Milkę chciało i Milkę dostało, a program współpracy i działań, tworzył się w trakcie relacji.

Dublować więc zamiaru już więcej nie mam.
Przyjmujecie mnie Państwo drodzy moi z całością inwentarza albo jakby w ogóle...
Na konto więc wracam jedno.
Wyczyszczone do zera, więc witam ponownie.

Co tam dalej będzie i jak...?
Nie wiem, jak zwykle...

Zobaczymy, gdzie mnie poniesie i będzie mi bardzo miło widzieć Was w tej drodze ze mną.
Pozdrawiam również z góry wszelkie konta fakeowe i teoretycznie niewidocznych obserwatorów.
Kiedy jestem w jedności, zdecydowanie łatwiej i logiczniej znoszę o wiele spokojniej, wiele sytuacji.

No to co Kochani...?
Gdzie idziemy...?

LuV U
milka
milka giemza blog notatka milka to milka
milka giemza blog notatka milka to milka
milka giemza blog notatka milka to milka

Wtorek, Czerwiec 8, 2021, 18:28 | 2 Komentarze »

Tematy i ogólny zarys notatek na blog piętrzy się u mnie znacznie, każda jednak potrzebuje urodzić się w swoim czasie. Ciekawym jest to, że często ten czas bywa zaskakujący i dla mnie.
Tym razem zaskoczyło mnie wymęczenie akurat tematu bylejakości, w środku burzy o „modę na brzydotę"...
Po pierwsze dlatego, że nie miałam zamiaru odnosić się do owej burzy, po drugie dlatego, że we wstępnym zarysie nie wpadło mi nawet do głowy, że taka afera powstanie, a jakoś to razem usiadło, po trzecie dlatego, że miałam dziś wkopywać na ogrodzie plac zabaw dla dzieci i totalnie nie miałabym czasu kliknąć żadnego klawisza w komputerze...
Plac nie przyjechał, także tego.

To, czego zdążyłam się w życiu nauczyć, choć oczywiście testy sprawdzające pojawiają się równie niespodziewanie jak w szkole, w każdym razie to, czego zdążyłam się w życiu nauczyć, to fakt, że:
- każdy ma swój czas na dotarcie do różnych punktów zrozumienia siebie i życia...
- nie ma dobra i zła jako takiego. Podziały, to nadal podziały, a medal choć ma dwie strony, nadal jest jeden...
- im głośniej ktoś krzyczy „nie oceniaj", tym bardziej go gniecie...

Czy oceniałam...?
Tak.
Czy walczyłam dla dobra...?
Tak.
Czy chciałam za wszelką cenę być po dobrej stronie i pokazywać piękno świata we wszystkich odcieniach...?
Tak.
Czy przyniosło to mnie osobiście i innym, cokolwiek dobrego...?
Ni cholery.

Każdy ma prawo, święte wręcz prawo, przeżywać swoje życie po swojemu, zawalać i popełniać masę błędów po swojemu, zaliczać wszelkie fackupy po swojemu i nikomu nic do tego, bo każdy żyje przede wszystkim ze sobą.
Z powyższego wynika mniej więcej tyle, że nie mamy prawa nikogo prostować, ani wpierdalać mu się w życie, bez jego prośby o pomoc, czy choćby zdanie.

Wiele bolesnych lekcji zaliczyłam zanim to do mnie dotarło, i podejrzewam, że nie tylko ja.
I to chyba jeden z najtrudniejszych dla mnie tematów...
No bo pojawia się przecież mesjash wewnętrzny, że trzeba ratować człowieka i inne człowieki przed człowiekiem.

A gdyby pozwolić im wszystkim przeżyć to doświadczenie...?
I sobie pozwolić...?

W każdym razie dlaczego NIE ZGADZAM SIĘ NA BYLEJAKOŚĆ...?
I o co w ogóle chodzi z tą aferką...?

Pewna młoda Pani, wali w internetach wywód o estetyce życia, pięknie i tworzeniu najlepszej wersji siebie, z zaskoczeniem patrząc na panującą jej zdaniem „modzie na brzydotę".
W aferę wkręcam swoje zainteresowanie, po fali bombardującej tym tematem dosłownie wszędzie.
Nie odebrałam tego wpisu w kwestii złych intencji, choć może był ciut zawiany młodzieńczym nalotem niezrozumienia... Niemniej nie dotknął mnie boleśnie.

I teraz tak...

Czuję się ze sobą dobrze.
Czuję się dla siebie piękna.
Tak, chciałabym czuć się piękna w oczach innych, ale to nie moja broszka, więc nie wyznaczam tym względem swojego życia.

Czy jestem ideałem piękna...?
Nie.
Czy mam swoje wady fizyczne i nie tylko...?
Mam. Masę.
Czy akceptuję się mimo tego...?
Tak. W pełni.
Czy czuję się zaniedbana...?
Tak, czasami tak się czuję.
Czy mam z tym problem...?
Nie.
Czy mam chęć coś w sobie zmieniać...?
Tak, często.
Czy męczy mnie trwanie w bezruchu...?
Czasem tak, czasem nie.

Czy zrozumieliście z tego wszystkiego cokolwiek...?
Być może... :P

Zdarza mi się trwać w pewnej formie przez czas jakiś, z różnych powodów.
Dla konkretniejszego przykładu, mieszkając na budowie, siedziałam przez długi czas, prawie non stop w dresach, t-shircie i swetrze. I w skarpetkach, których zwykle poza zimą nie noszę.
Trwałam w tym stanie, bo codziennie coś w tym remoncie robiliśmy i wszystko, co mieliśmy na sobie, niszczyło się, najzwyczajniej w świecie, z prędkością światła.
Tak więc to trwanie było moim wyborem i nie powodowało we mnie obciążeń.
Ale przyszedł też moment, w którym położyliśmy podłogi, zrobiliśmy prawie w pełni łazienkę i zdecydowana większość ścian wyglądała względnie normalnie, nawet w wersji nie pomalowanej farbą. Było też ogólnie po prostu, zdecydowanie czyściej.
A ja, z nawyku, tkwiłam w tych dresach i całej remontowej oprawie.
Czy czułam się wtedy zaniedbana...?
Tak. Bardzo.
Dopóki była gruba budowa, było to dla mnie zupełnie logiczne do przejścia, ale kiedy wiele w domu ogarnęliśmy, a ja nadal byłam w tamtym miejscu sama ze sobą, to już było do bani.
I jak wiele czynników miało wpływ na moją decyzję o wpakowaniu się w dresy i w nich trwaniu, tak w pewnym momencie, wiele czynników się zmieniło i co za tym idzie, miałam nowe możliwości do podjęcia decyzji o zmianie.
Tak naprawdę, każdego dnia mogłam zdecydować, czy dziś klasyczny zestaw remontowy, czy jednak sukienka i obcas.
Aż przyszedł dzień, kiedy jak wpadłam w sukienkę i obcas, tak nie wyszłam z nich przez tydzień :P

Czasem, jak się nagina człowiek do pewnej skrajności, tak sobie musi to później skrajnie w drugą stronę odbić. I to jest w pełni normalne i w pełni w porządku.
A potem świat nam się normuje ;)

I tak właśnie w tym kontekście, pomyślałam ciut o wpisie naszej wspominanej już razy wiele, celebrytki.

Bo zmiana jest jak najbardziej potrzebna, nasza wewnętrzna. W czuciu, poczuciu, odbiorze siebie...
ale właśnie na etapie wszelkich zmian czasem takie skrajności wchodzą mocno...

Osobiście uważam, że pięknie wzrastamy, gdy zdecydowanie więcej czasu, uwagi i energii poświęcamy sobie samym.

Kiedy uczymy widzieć siebie w pełnej krasie zalet i wad...
Kiedy uczymy się patrzeć na siebie z czułością i wyrozumiałością...
Kiedy nabieramy dla siebie wszelkiej łagodności...
Kiedy dajemy sobie wszystko, co jest nam potrzebne...
Kiedy uczymy się odpoczywać, bo wiemy, jak odpoczynek jest dla nas ważny...
Kiedy uczymy się stawiać granice, w zrozumieniu, że są one dla nas wsparciem, a nie atakiem wobec otoczenia...
Kiedy przynajmniej próbujemy...

Niemniej te próby, są niczym innym, jak pewnym rodzajem pracy nad sobą...
Pracy, która polega na odkrywaniu siebie, poznawaniu siebie, zauważaniu siebie...
Często po wielokroć, często każdego dnia, często we własnym brudzie i smrodzie, żeby wreszcie odkryć swoją autentyczność i co za nią idzie, swoje prawdziwe piękno.

Bo tak, PRAWDA to PIĘKNO, AUTENTYCZNOŚĆ to PIĘKNO.

Nie wygląd zewnętrzny, nie cechy fizyczne...
Więc... wychodząc z takich, moich osobistych założeń... nie odczułam obraźliwie tamtego wpisu...

Wpadając więc w inny trop, zarzutów, które się w sieci pojawiały...

Czy padałam w przeszłości ofiarą odrzucenia przez rówieśników i nie tylko...?
Tak. Bardzo często.
Czy znęcano się nade mną psychicznie lub fizycznie z powodu mojego wyglądu...?
Tak. Bardzo często.
Czy byłam gruba...?
Nigdy.
Czy byłam ogólnie brzydka...?
Nie.
Czy byłam zaniedbana...?
Nie.
Nawet nie całe życie miałam aż tak krzywy zgryz jak obecnie...

Ciekawe...?

Odrzucano mnie bardzo często, bo:
- byłam za chuda...
- byłam „zbyt ładna"...
- byłam zadbana...
- miałam swoje zdanie...
- byłam inteligentna...
- dobrze się uczyłam...
- potrafiłam wiele rzeczy zrobić, bo ciekawość zawsze pozwalała mi drążyć wiele tematów...

Efektem tego było zgubienie siebie na wiele lat... schowanie wszystkich swoich wartości na wiele lat... ukrywanie swojej autentyczności... wypieranie swoich potrzeb i emocji...

Odrzucenie było i jest, niezależnie od cech zewnętrznych i wewnętrznych odrzucanego...
Odrzucenie było i jest, bo ktoś, w wyniku swoich doświadczeń i swoich cech, decyduje, żeby odrzucić...

I tak patrzyłam na tą aferkę właśnie...
I widziałam jak wielu „świadomych i wzniosłych" decydowało się odrzucić, bo padła wypowiedź ich zdaniem krzywdząca...
I wielu krzyczało „nie oceniaj", a nie patrzyło na siebie...

Praca nad swoim pięknem nie oznacza tylko piękna zewnętrznego...
Bo w sumie czymże ono jest, kiedy w środku coś gnije...

Wszystko co w środku, widać na zewnątrz...
Wszystko co widzisz w innych, jest w Tobie...
Każda rada, której udzielasz komuś, jest tak naprawdę tylko dla Ciebie...

Ja pracuję nad swoim pięknem, swoimi decyzjami, codziennymi.
Dokonując wyborów wielu.
Poszerzając pole widzenia i korygując swoje spojrzenie wg nowych danych...
Zmieniając siebie, wedle swoich potrzeb...
W akceptacji swoich słabości, stagnacji, wad...
Z moją brzydotą, bo jet również moim pięknem.

NIE ZGADZAM SIĘ NA BYLEJAKOŚĆ, bo wiem, że jakość każdego mojego wyboru i mojej decyzji jest ogromnie ważna dla mnie.
JESTEM SOBĄ, WIĘC JESTEM JAKAŚ. BYLEJAKOŚĆ WIĘC, NIE JEST DLA MNIE.

Jest dla mnie ważne co jem, gdzie i jak mieszkam, w czym chodzę, co mówię... każdy mój element i ruch jest dla mnie ważny...

I nie dlatego, że się pilnuję, czy buduję swoje fałszywe piękno.
Jest dokładnie odwrotnie...
To wszystko jest dla mnie ważne, bo wreszcie podchodzę do siebie z miłością i dbałością, to wszystko wynika z tego, że się o siebie troszczę... i dlatego mogę wzrastać sobie w sobie szczerze i PIĘKNIE.

I skrobię to wszystko przy okazji pewnej świeżej aferki, opisując Wam co u mnie i we mnie, bo jeśli macie chęć coś z tego wziąć, to bardzo proszę, ale pouczanie kogokolwiek, to rola nie moja.

Ja mogę Was wspierać, jeśli będziecie chcieli, dzieląc się tu i ówdzie kawałkiem siebie.

LuV U.

 


Czwartek, Maj 13, 2021, 19:05 | Brak komentarzy »
Lata mojej współpracy z kobietami wyraźnie pokazały mi, że zdecydowana większość z nas, moje Drogie, sukienek się boi.
Tak, nie wszystkie.
Pewna część kobiet sukienki kocha miłością wielką i tej grupie zapewne moja notatka zbyt wiele do życia nie wniesie ;)
W tej grupie jestem również obecnie i ja ;)

Wokół sukienek narosło wiele mitów, które powtarzane od lat, jedynie obrastają nadal, coraz bardziej, w siłę tej niepotrzebnej propagandy...

A więc:

Mit 1. sukienki nosimy na konkretne okazje.
Sukienka długi czas zarezerwowana była jedynie na okazje wyjątkowe.
Tym bardziej w skrajnych długościach, czyli maxi, długa do ziemi lub mini, odsłaniająca maksymalnie nogi. 
Mini miały kusić i wzmagać seksapil, strategicznie więc osadziły się w tematach około randkowych, maxi dodawały elegancji i klasy głównie na okazje wieczorowe czy oficjalne oraz wszelkie klimaty ślubno weselne. 

Mit 2. długość midi jest ble...
Ta midi właśnie, czyli średnia, uznawana jest od lat, za zdecydowanie pogorszającą stan wizualny sylwetki...
Bo przecina tak, że nogi pogrubia, bo skraca optycznie wzrost osobom nie koniecznie wysokim, bo postarza... o dio! lista jest zdecydowanie dłuższa niż te kilka zarzutów, które podałam...
Kojarzy się z babciami z targu, czy wsi wszelakich, a przecież np. Dior właśnie krążąc wokół midi, postawił cudowny wizerunek pięknej kobiecości.
Ach tak... Dior nie na codzień przecież...

Mit 3. w sukienkach jest niewygodnie.
Ten chyba mój ulubiony ;)
Długo i ja w ten mit wierzyłam. Dopóki nie sprawdziłam na własnej skórze.
Ale, jeśli wziąć na warsztat nasz mit nr 1, to rzeczywiście w mini nie wszystko zrobisz... w wieczorowej maxi również. 
Niemniej mini i maxi mają też swoje wersje codzienne, długo wypychane z kanonów mody, przez co zapomniane. W każdej, absolutnie każdej wersj i długości, można znaleźć fason wygodny.
Teraz stwierdzam zdecydowanie, że w sukienkach (czy spódnicach również) jest wręcz wygodniej niż w spodniach.
Jest luźniej, swobodniej, nic nie ciśnie i nie obciera... 
Do tego nie musisz się spinać, wciągać brzucha, czy zastanawiać nad ilością zmarszczeń i ugnieceń ciała kiedy np. siadasz...
Plusów jest mega dużo. Kwestia spojrzenia z innej strony.

Mit 4. sukienki wymagają większej stylizacji i w samej stylizacji są trudniejsze.
A pomyśl sobie, że zakładając sukienkę masz na sobie już kompletny ciuch.
Spódnica może stanowić zamiennik spodni, który trzeba zestawić z jakąś tam górą, a tu proszę, masz pełną podstawę. 
To jak z kombinezonem. Z tą jednak ogromną różnicą, że w toalecie nie musisz zrzucać z siebie prawie wszystkiego, bo kieckę da się spokojnie zadrzeć do góry (to też w kwestii punktu poprzedniego).
Zarzucasz więc obuw na stopę, zgarniasz torebkę, a reszta...? jeśli w ogóle jest potrzebna, to dobierasz standardowo jak do każdej innej stylizacji.

Mit 5. zdaniem, które słyszę od bardzo wielu kobiet jest "źle wyglądam w sukienkach".
Są również spodnie, w których źle wyglądamy, garnitury, w których źle wyglądamy, swetry, w których źle wyglądamy... 
Jest mnóstwo rzeczy, w których źle wyglądamy i nie jest powodem to, że akurat sukienka jest zła. Sama w sobie zła nie jest. Sukienki są różne, tak jak wiele innych części garderoby jest różnych i wiele sylwetek jest różnych...

Mit 6. sukienki są nie praktyczne.
A guzik, że tak to podsumuję ;)
Właśnie ta praktyczność sukienek sprawdziła się u mnie bardzo.
Po pierwsze, podsumowując wszystkie poprzednie mity, można znaleźć sukienkę na co dzień, ładną, wygodną i dopasowaną do naszych potrzeb.
Nie trzeba jej nader mocno stylizować, bo sama w sobie jest gotowcem.
W zależności od materiału oczywiście, ale sukienki wcale nie gniotą się jak opętane, a na pewno nie bardziej niż koszule na przykład :)
Dodatkowo, w przypadku sukienek we wzory, dajmy na to kwiatowe, mało są widoczne wtopy typu "czymś tak się trochę oblałam", "pies na mnie skoczył, a miał łapy brudne" itp...

Tak to więc jest, co mi się w głowie po wczorajszej rodzinnej wycieczce urodziło i dziś na szybko powstało. 
Wycieczce, na którą oczywiście wybrałam się w sukience ;)

Sukienki w dodatku, a może przede wszystkim, pięknie podnoszą naszą kobiecość, nie tylko wizualnie, ale również (i może znowu przede wszystkim), na poziomie czucia. Ale to już na notatkę kolejną, bo o mojej drodze w kierunku swojej kobiecości, też Wam coś naskrobię ;)

LuV U <3

milka giemza blog sukienka w mitach
milka giemza blog sukienka w mitach
milka giemza blog sukienka w mitach

Sukienka: Varlesca via Vinted
Koszyk: Bags by M
buty i kamizelka: H&M

Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem