Wtorek, Sierpień 25, 2020, 13:52 | Brak komentarzy »

No to tak...
Joanna Koroniewska, uznana za „za starą" na pokazywanie się soute... lat 42.

Dalej więc poszukajmy...
Agnieszka Maciąg, zapewne też mogłaby być posądzona lub skrytykowana za powyższe... lat 51.
Monika Pryśko (tekstualna.pl), lat 33, młoda, piękna kobieta, która już nie raz musiała się zmierzyć z falą krytyki w stylu umaluj się, bo pokazywanie się soute, to brak szacunku do czytelnika... (A jak ona pięknie pisze miodem na serce...)
To tylko tak na szybko wpadło mi do głowy w pierwszej kolejności...

Gwen Stefani przekroczyła już 50-tkę i chyba ktoś tego nie zauważył, skoro jeszcze nie wylano na nią jadu za np. niestosowny ubiór... i matką jest przecież, a w jej wieku w Polsce, to i może babcią by była... hmm...
Obok można postawić Jennifer Lopez z podobnymi zarzutami, no ale przepraszam, zapomniałam, one się malują, więc przynajmniej nie pokazują się oficjalnie soute...
A, no i to przecież w Ameryce, to tam można, bo to inaczej.

Zapewne Dorocie Wellman nie raz się oberwało za gabaryt, jak i innym kobietom poza rozmiarem xs...

Teksty wobec ludzi wytatuowanych można by zebrać w pokaźną księgę, krytyczne komentarze wobec dredów wkułam już chyba na pamięć bardziej niż tabliczkę mnożenia, słysząc je nieustannie...
A to przecież dopiero początek wszelkich inności...

Ciągle słyszymy, że jesteśmy „nie takie".
Za chude, za grube, za stare, za młode, za ładne, za brzydkie, za bardzo jakieś, za mało jakieś...
I jak pada pytanie, to jakie mamy być? To odpowiedź padnie „nie takie" właśnie.

Już nawet kiedyś usłyszałam, że trampek Conversa nie powinno się nosić po 30-tce, bo nie wypada.
Nosz kurwa!

I jeszcze dobra, masz ten jad, toczy się w Twoich żyłach zamiast krwi, ale weź go wylej z potem na siłowni, albo zmywając naczynia...
Albo pobiegaj...

Co Ci przeszkadza wygląd kogoś innego...?
Jak ktoś wyglądem robi Ci krzywdę?
Nie robi.
Nie podoba się, wzbudza w Tobie dziwne emocje?
To nie patrz po prostu.
I kropka.
Wiesz, że to wystarczy?
A może po prostu nikt nie powiedział Ci o takiej opcji...?

Może nikt Ci nie powiedział, że masz prawo żyć własnym życiem i inni mają dokładnie takie samo prawo?
I mają pełne prawo nie pasować do Twojego wizerunku świata...?
A Ty możesz po prostu zamiast patrzeć na nich, spojrzeć w lustro...?

Aaaaaa... i tu Cię mam!

Patrzysz na innych i chcesz ich dopasować do swojej wizji świata, do powinności, których zostałeś nauczony, do ramek, w których zostałeś wychowany, bo nie chcesz popatrzeć w to lustro.

Nie chcesz patrzeć na siebie, bo sam się sobie nie podobasz.
Bo cierpisz, że nie żyjesz życiem, którym chcesz żyć, więc innym też nie pozwolisz.
Tak, jak zapewne Tobie nie pozwalano.
Wylewasz na innych jad, który zebrał się w Tobie nie przez ludzi, których karasz swoim hejtem.
To jad, który zebrał się w Tobie, bo nie pozwalano Ci być sobą i żyć po swojemu.
A Ty nie wiedziałeś, że można inaczej.
Nie dowiedziałeś się, że życie jest i bywa różne i to jest w porządku.
Nie dowiedziałeś się, że można mieć różne poglądy poza właściwymi dla partii.
Nie dowiedziałeś się, że można wyglądać inaczej i być świetnym człowiekiem niezależnie od jakichkolwiek cech zewnętrznych.
Nie dowiedziałeś się, że masz prawo się sprzeciwić wychowaniu i żyć po swojemu.

A teraz, to szambo wywala, bo ileż można je w sobie dusić?!
I niech wywali!
Pozbądź się tego!
Puść to wreszcie, ale nie na innych, a w jakiś w miarę konstruktywny sposób.

Kiedyś moja koleżanka rzekła, że my nie byliśmy wychowywani, a chowani.
Jak zwierzęta trochę.
W określonych ramach, zachowaniach, wyglądzie i w pełnym podporządkowaniu.
Trochę w tym racji.

Nikt nam nie mówił, jakie mamy prawa, że w ogóle mamy jakieś prawa.
My mieliśmy obowiązki.
Mieliśmy być grzeczni.
Mieliśmy być odpowiedzialni.
Tylko ta odpowiedzialność nie była realną odpowiedzialnością, a kluczem do naszej grzeczności i życia jak się powinno. Według innych oczywiście.

A potem zostaliśmy z tego systemu wypuszczeni w świat, którego nam nie pokazano tak naprawdę, którego nie znaliśmy, którego trzeba było się nauczyć jednak samemu, a nie przypominał zupełnie tej teorii, którą nam wpajano.
I co bardziej zbuntowany i wyłamany społecznie, ten sobie lepiej poradził.
A ten dociskany wystarczająco mocno, zamknął się w sobie i jad trawił jego wnętrza.
I próbował dopasować wszystkich wkoło i ten świat do znanej sobie teorii, ale nie wychodziło...
Próbował dopasować siebie jakoś do świata, ale też nie szło...
Przypłacił to depresjami, nerwicami, bólem i rosnącą nienawiścią...
Tym większą im więcej widział ludzi szczęśliwie żyjących własnym życiem...
Są oczywiście i tacy, którym udaje się wybalansować to wpajane życie między teorią a praktyką, ale tam w środku jest prawda, która będzie męczyć...

Jak teraz macie zamiar się czepiać, że to wina rodziców, to po części tak, ale oni chcieli dobrze.
Przekazywali dzieciom to, czego sami zostali nauczeni, też zapewne w dobrej wierze...
Przerwanie tego łańcucha łatwe nie jest, ale to już nie na dziś.

Dziś pomyślcie o tym, że jeśli są w kimś pokłady jadu, to jest on bardzo nieszczęśliwym w środku człowiekiem i zapewne jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy...

To trudna sytuacja spotkać kogoś takiego na swojej drodze, bo jeśli następuje atak, to odwrócenie wzroku już nie wystarcza.

Atak trzeba zatrzymać, ale atakiem nie odpowiadać.
Dlatego tak ważne są nasze granice, stawiane świadomie.
Dlatego tak ważne jest ich pilnowanie i spokojna, bez ataku, informacja zwrotna.
Czasem przechodzi się przez błoto emocji i niezrozumienia, czy chęć wytłumaczenia i pokazania swojej prawdy, ale czasem to nie wystarcza.
Wtedy trzymaj swoje granice i nie rób nic więcej. Ewentualnie odejdź.

Każdy zrozumie w swoim czasie. Albo nie zrozumie nigdy.
Też ma prawo.
Tak jak Ty masz prawo nie rozumieć jego drogi.

A jeśli widzisz w sobie to nieszczęście, czujesz jak coś zżera Cię od środka...
To proszę...
Nie atakuj.
Popatrz na to, na siebie, w lustro...

Zatrzymaj się.
Proszę.
To będzie ogromny krok dla Ciebie i innych.


Wtorek, Sierpień 11, 2020, 21:41 | Brak komentarzy »
To zupełnie jak z poszukiwaniem szczęścia.
Dla każdego oznacza co innego.

Ale pobawmy się i w to.

Żeby znaleźć swój styl, musisz* najpierw określić jaki on dla Ciebie jest lub czym jest.

I ten etap jest chyba najciekawszy, bo żeby to zrobić, znowu musisz się przyjrzeć sobie i udać na poszukiwania swojej realnej prawdy.

A jak już to wszystko odkryjesz, to musisz podjąć decyzje, co do wyboru tego stylu i wyboru rzeczy, które będą wg niego dla Ciebie dobre.

Twój styl, to indywidualna dla Ciebie ścieżka wyrazu.
Ciężko więc będzie wybrać go jedynie na podstawie określenia typu kolorystycznego i kształtu figury, a następnie wybrać co pasuje, czyli „służy" wizualnie.
Jeśli ma być indywidualnie i szczerze, to niestety musisz włożyć w to odrobinę wysiłku.

Ok. Załóżmy, że wszystko powyższe masz już za sobą.
Uff.
Ogarnęłaś!
Doinformowałaś się, znalazłaś, wybrałaś i jest!
Masz go!

I jak?
Nie jest jakoś za mało?

Nie okazało się przypadkiem, po tym wszystkim, że jednak jakiś inny styl też jest fajny...?
Albo, że ukradkiem zdradzasz ten swój wybrany, po cichaczu, bo jakiś inny styl trochę czujesz, nawet jak jest mocno teoretycznie nie dla Ciebie...?
U mnie troszkę tak było... 

Kiedy zaczynałam się szkolić jako wizażysta-stylista, gniotło mnie gdzieś pod żebrem pytanie, jak ja mam dogrywać styl innych ludzi, skoro im więcej wiem w temacie, tym bardziej mój własny styl mogę określić jedynie jako eklektyczny?
Czyli ten totalnie pomieszany, który wielu stylistów określa jako brak stylu.

Przyznam się Wam w tym momencie, że mimo rozwijania ścieżki stylizacyjnej, zaprzestałam na jakiś czas pracy w tej dziedzinie.

Właśnie z powodu powyższych, męczących mnie wątpliwości.
Skupiłam się na poszukiwaniu i dogrywaniu mojego własnego stylu, bo ciągle wydawało mi się niezbyt profesjonalnym ubierać innych, bez określenia siebie.

Jak już coś znalazłam i dopasowałam, to skoki w bok leciały jeden za drugim, niczym w kiepawym związku... Zmęczona takim trwaniem w niezdecydowaniu, szukałam innej alternatywy, aż dograłam coś nowego. A po jakimś czasie schemat powtarzał się po raz kolejny... i kolejny... i kolejny...
Aż pomyślałam, że chyba nie nadaję się do tej roboty.

To był również czas, kiedy zawiesiłam działania z analizą kolorystyczną, stosując ją jedynie na potrzeby makijażu, bo analiza w podziale na cztery typy urody nie grała nigdy z moimi odczuciami.

Postanowiłam więc skupić się na makijażu, ale to wszystko kipiało jak wrzątek w czajniku, bo żaden element bez całości nie był dla mnie wystarczający.
Malując twarz nie potrafiłam nie patrzeć na ogół kobiety, która do mnie przyszła.

Tak jak nie potrafiłam nadal dograć swojego wizerunku...

Trochę ta cała zabawa trwała.

W międzyczasie dużo pracowałam, nadal się szkoliłam, poznawałam mnóstwo ludzi, mnóstwo produktów... i wreszcie wykipiało!

Zmęczenie i brak czasu zrobiły też swoje, bo przez nie potrzebowałam po prostu szybkich i wygodnych rozwiązań.

Skupiłam się więc jedynie na czuciu (siebie) i wygodzie.

Mniej wybierałam i analizowałam, bardziej dawałam upust swoim fanaberiom i intuicji.
Zupełnie jak kiedyś, kiedy to właśnie ta zabawa spowodowała moje zainteresowanie stylizacją i popchnęła na odpowiednie ścieżki.

I to było to!

Poczucie swobody, radości i luzu, dzięki którym czułam się ze sobą wygodnie.
Niestandardowe łączenia stylizacyjne i kolorystyczne, dobieranie ubrań względem humoru, zmienianie się każdego dnia, czy co jakiś czas w wyglądzie diametralnie.

Ależ mi z tym było dobrze.

I to właśnie był mój styl.
I jest nadal.

Lubię być tym kameleonem, totalnie nieprzewidywalnym do ostatniej chwili, nawet dla siebie.
To właśnie jest skrojone na moją miarę.

Kiedy wreszcie to do mnie dotarło, wróciłam też ze stylizacją i analizą kolorystyczną (12-sto stopniową) do działań zawodowych.

Zaakceptowałam, że w moim wypadku te wieczne zdrady stylizacyjne są kluczem.
To właśnie mnie tworzy, a bezpieczne ramy ewidentnie mi nie pasują.

I dzięki temu jeszcze szerzej zaczęłam patrzeć na kobiety.
Aż lista czynników, które obecnie biorę pod uwagę w stylizacji, wydłużyła się bardzo.
Porównania mi brak.

Lubię widzieć szerokim kątem ;)

A więc akceptacja, że mój styl to brak jednego stylu albo wszystkie naraz, dała mi mnóstwo spokoju i wolności w wyrażaniu siebie i nowe pokłady zrozumienia innych kobiet zarówno zawodowo, jak i prywatnie, po ludzku.

Dlatego właśnie tak bardzo drążę w kobietach patrzenie w lustro, patrzenie na siebie.
Widzenie siebie.
Poznanie.
Świadomość.
Akceptację.

Dlatego staram się odwrócić to standardowe spojrzenie.
Odrzucać sztywne etykietki. Dobierać na wymiar.
Bo wszystko zaczyna się od nas i wychodzi na zewnątrz.
Bo nic z zewnątrz nie sprawdzi się uniwersalnie dla każdego.

W poszukiwaniu swojego stylu akceptacja jest bardzo ważna.
Akceptacja tego, że możesz nie wpasować się w jeden wybrany.
Tego, że Twój styl może okazać się na tyle indywidualny, że ciężko będzie dobrać do niego jedno określenie albo, że pasujące określenia mogą pozornie się wykluczać.
Tego, że możesz skakać w kilku stylach w zależności od różnych czynników.
Tego, że możesz dopasować się w jedną, wbraną ramkę i z radością, niezmiennie przez lata w niej trwać.
Tego, że zmieniasz się i Twój styl będzie zmieniał się nieustannie razem z Tobą.
Tego, że to wszystko jest w porządku.

Bo ma Ci być ze sobą wygodnie.

Fasony, kolory i cała stylizacja to świetne narzędzia, ale same narzędzia nic nie zdziałają.
Liczy się ten, kto trzyma je w ręku.**
Czyli Ty.


*musisz – nic nie musisz. Możesz, ale nie musisz. Jednak w całym wydźwięku myśli, to słowo pasowało idealnie, odrobinę zaciągając zamierzoną ironią.
** Nie mówię tu o ekspertach, bo oni mają Cię nauczyć jak narzędzi używać, a nie wiecznie sprzedawać Ci kolejne, które odłożysz na półkę. Miecz Cię nie ochroni samą obecnością, musisz wiedzieć jak nim walczyć.


środa, Sierpień 5, 2020, 21:36 | Brak komentarzy »

(Kosmetyki też nie.)

Pytanie brzmi: kto decyduje?

Bodźce w różnej postaci mają na nas nieustannie wpływ. Wywołują w nas odczucia, emocje i popychają nas siłą rzeczy do działania.
Kwestia w tym co, jak i dlaczego wpływa na nas w określony sposób?

Ubrania, które nosisz zawsze będą wyrazem różnych Twoich stanów i działań wobec nich podjętych.
Świadomie, czy nie.

Motywacje mogą być wewnętrzne, kiedy odczuwasz siebie i świat, słuchasz siebie, swoich reakcji na bodźce, swoich realnych, wewnętrznych potrzeb i podejmujesz decyzję o tym, jak chcesz wyglądać w danym momencie, czy danego dnia.

Wtedy wyrażasz siebie, wyrażasz świadomie swoją autentyczną osobowość i będąc świadomą wpływu swoich wyborów, kierujesz je tak, aby wywołać w sobie pewne dalsze reakcje.

Możesz dzięki temu wywołać w swoim strojem delikatne wycofanie, podnieść swoją pewność siebie, pobudzić odwagę, czy pozwolić sobie na odczuwanie słabości... Wszystko na co masz ochotę.

W zależności od tego, co dobierzesz pod względem koloru i fasonu, wywołasz w sobie dodatkowe reakcje.
Ty decydujesz, jak się wspomóc przy pomocy takich właśnie środków.
Ta droga jest świetną zabawą.

Możesz być jednego dnia w pełni kobieca i sexowna, kolejnego możesz wyrazić swoją delikatność, innym razem schować się w obszernym swetrze z pełnią szczęśliwości, popijając ulubioną herbatę.
Możesz też bez żalu i wstydu nosić dres, czy pidżamę i zawsze wyglądać dobrze, bo Twoje wnętrze i zewnętrzny wyraz będą spójne.
Możesz to wszystko, bo masz nieustannie wiele aspektów do wyrażania.

To wszystko jest w Tobie, a na świecie znajdziesz mnóstwo środków, żeby móc siebie w pełni autentycznie pokazać.

Dzięki ubraniom, fryzurze, czy makijażowi, możesz tylko zwiększyć poczucie siebie.
A Twoja pewność siebie wzrośnie zupełnie naturalnie.

Tylko powyższe jest skuteczne jedynie w szczerości ze sobą.
Aby tak działać, potrzebujesz siebie poznać i sobie zaufać.

Ty decydujesz jaka motywacja w danym momencie będzie wpływać na Ciebie najlepiej.
Możesz pomalować usta czerwoną pomadką lub założyć seksowną sukienkę, bo czujesz się mega kobieco, jest Ci z tym super i chcesz czuć to jeszcze bardziej.
Albo możesz czuć się niewyraźnie i niezdecydowanie, ale zrobisz dokładnie to samo, bo wiesz, że z czerwoną pomadką, czy w seksownej sukience pobudzisz w sobie to, czego nie czujesz w tej chwili.

Potrzebujesz świadomości siebie, żeby wiedzieć jak ze sobą postępować i jaka motywacja będzie dla Ciebie najlepsza.
Żeby się rzeczywiście motywować, a nie zmuszać lub oszukiwać.

Haczyk jest, kiedy motywacje nie pochodzą z wewnątrz...
Jeśli nie słuchasz i nie czujesz siebie.

Spotkałaś się kiedyś z sytuacją, kiedy widzisz gdzieś kobietę, która jest wg zasad stylizacji ubrana totalnie absurdalnie, nic się tam nie zgadza, nic nie pasuje, fasony i kolory zupełnie nie jej, a wygląda świetnie?

Tak bywa często i to jest właśnie sytuacja, kiedy kobieta ubiera się z siebie, z wnętrza, ze swojego odczucia i poczucia.
I pasuje jak ulał.
Bo jest to tak unikalne jak ona sama.
Niepowtarzalna. I niepowtarzalny jest jej strój skrojony jedynie na jej miarę.

Innym razem widzisz kobietę idealnie wystylizowaną, dobraną perfekcyjnie w każdym, najmniejszym szczególe i dodatku. Dopasowaną fasonami i kolorami... i coś nie gra...
Choćbyś wiedziała, że nie masz się do czego przyczepić, to jednak nadal coś nie gra.

To jest sytuacja, kiedy ubieramy się jedynie wg wskazówek z zewnątrz.
Teoria jest dobra, ale poziom jej różnic z odczuciami wyjdzie zawsze na wierzch.

Może być oczywiście tak, że nie ma to dla Ciebie większego znaczenia, a budowanie zasobów szafy tylko wg czystych, technicznych wytycznych będzie dla Ciebie wystarczające i to też jest ok.

Pytanie kolejne brzmi: czego chcesz?

Ewentualnie może nie budzić się w Tobie w ogóle potrzeba zadawania tego typu pytań.
Wtedy może nie czas grzebać głębiej.

Wracając jednak do motywacji jedynie z zewnątrz, to jakiekolwiek decyzje dotyczące Twojego wyglądu, zostawiasz w takiej sytuacji modzie, trendom, marketingowi, specjalistom, ekspertom i generalnie innym ludziom...

W takim momencie swoją moc oddajesz tym właśnie osobom... odbierając ją sobie.
Oni dokonują Twoich wyborów...
Przekazujesz na zewnątrz całą decyzyjność.

Jeśli będziesz tak działać, to poczucie niewygody i niezgodności raczej będzie Ci długo towarzyszyć.

Po co więc są te wszystkie dziedziny, te wszystkie powszechne informacje i Ci wszyscy eksperci?

Żeby pomóc, pokazać ścieżkę, podpowiedzieć gdzie szukać i jak zacząć. Żeby ogarnąć i uporządkować Ci podstawy tego wszystkiego, wyjaśnić zasady działania.

A Ty sprawdzaj wszystko, podważaj wszystko, pytaj ile potrzebujesz i każdą informację zwrotną odczuwaj.
Włącz na najwyższy poziom czucie, intuicję i wybieraj, bo zawsze ostateczną decyzję podejmujesz Ty.

Wszystko co dzieje się na zewnątrz to bodźce.
Aż i tylko.
Kolor, fason, osoba, reklama, zapach, obraz, głos, ubrania, kosmetyki...
Wszystko sprawia, że czujesz się „jakoś", ale Ty decydujesz jak na to wszystko reagujesz.

Ty czujesz z czym i kim jest Ci wygodnie, a z czym i kim nie.
Ty dokonujesz wyborów, co do swojego życia dopuścić, a co odsunąć.
Ty decydujesz co chcesz kupić, co i kiedy na siebie nałożyć, czym się otaczać.

To Twoja moc ma tu znaczenie.
Ty decydujesz.
Ty przesiewasz bodźce.
Ty wybierasz.
Bo to Ty masz moc i tylko Ty możesz ją wzmacniać i pielęgnować lub oddawać...

Amen.

 


Czwartek, Lipiec 30, 2020, 13:32 | 1 Komentarz »
TWÓJ DOM PIERWSZY.

Nie ważne ile serca włożysz w urządzenie wymarzonego gniazdka, zawsze przed nim jest jeszcze jedno miejsce, którego wagi nie da się nawet określić, tym bardziej podważyć.
TWOJE CIAŁO.
To ono właśnie zawsze będzie Twoim domem nr 1.
Gdyby nie ono, to nie miałbyś możliwości życia i bycia na tym świecie.
Zanim więc urządzisz wymarzone miejsce, w którym osiedli się Twoje ciało, upewnij się, że to właśnie swoje ciało będziesz traktować najlepiej.

Jesteśmy nauczeni i przyzwyczajeni do traktowania naszego ciała dość pobieżnie.
Wszelkie większe zabiegi są odbierane jako rozpieszczanie i fanaberie, czy po prostu luksus.
Wszelki relaks stosujemy od wielkiego dzwonu albo kiedy wreszcie znajdziemy na niego czas (a tego czasu przecież ciągle brak).
Tyle jest w końcu do zrobienia i załatwienia, zawsze jest dla nas ktoś ważniejszy, kogo stawiamy na pierwszym miejscu...
W takich momentach przypomina mi się wytyczna w samolocie, kiedy w razie czegokolwiek, maskę z tlenem masz założyć najpierw sobie, a potem po kolei dzieciom.
Z perspektywy matki budzi to często oburzenie, bo jak to matka najpierw nie zadba o dzieci, ale pamiętaj, że jeśli Ty stracisz przytomność, to już na pewno nie pomożesz nikomu.

Tak też jest w życiu.
A rola matki jest wyjątkowo wymagająca i wyjątkowo nacechowana stereotypami.
Jednym z głównych jest poświęcenie.

Poświęcenie ogólnie przewija się przez życie każdej kobiety, jakbyśmy miały je już prawie w genach.
Najpierw poświęcasz się dla rodziców, potem dla nauki, potem dla męża, później dla dzieci i często potem znowu dla rodziców. I mamy to tak bardzo we krwi, że jest dla nas bardziej niż naturą.

I teraz jedno małe pytanie – gdzie jest ta kobieta?

Bo widzę córkę, uczennicę, żonę, matkę... a jej samej jakoś mi brak...

Według tej teorii zawsze, ale to zawsze będzie ktoś ważniejszy niż my i zawsze dla nas zabraknie czasu, a każda próba poświęcenia otoczenia dla choćby chwili dla siebie, będzie odbierana jako egoizm. Którym nie jest.

Najpierw Ty.

Ponieważ jeśli się zajedziesz życiem dla innych, życia w Tobie nie będzie ni kropli i zostaniesz jedynie idealnie zadaniowym bio robotem...
Co jest niestety obecnie ogólnie przyjęte i akceptowane.

Od kilku ładnych lat wreszcie do nas, kobiet, dociera ten temat, ale jeszcze trochę przed nami.
W końcu potrzebujemy zmienić całe wieki tego procederu.

A więc... Twoje ciało.
Twój pierwszy, najważniejszy dom.

Należy mu się ogromny szacunek za wysiłek, który wykonuje w każdej minucie życia.
Ogromny podziw za to ile znosi, zwłaszcza w tak ogromnym poświęceniu.

Popatrz na siebie uczciwie.
Kobiety rzeczywiście są wręcz pancerne!
Pamiętaj, że Twój umysł też jest częścią Twojego ciała.
I zobacz ile również on znosi.

Ten duet przepracowuje codziennie masę informacji, masę emocji, wykonuje masę pracy fizycznej i to nie tylko za siebie, ale także za innych, bo w końcu tyle osób jest dla nas ważniejszych...

Masz wyrzuty o zmęczenie i osłabienie, ale ciągle pracujesz za kilku ludzi..
Masz wyrzuty o zmienione ciało po ciąży, o rozstępy, ale dałaś życie! Zobacz jaki to jest wyczyn, wysiłek i przywilej! Dzięki Tobie, jest na świecie kolejny człowiek!
Masz wyrzuty o masę rzeczy, ale decydujesz odkładać siebie na bok...

Moja Droga...
Zadbanie o siebie, o swoje ciało, (o swój umysł również), to nie jest coś na szybko, na biegu i za chwilę... to jest Twój OBOWIĄZEK. Podstawowy.

Potrzeba nam przyzwyczaić się do takiego postrzegania. To jest postrzeganie normalne, choćby nie wiem co mówił świat.

Najpierw Ty.
Potem świat.

I tak, wiem jak to jest być matką.
Tak, wiem, że trzeba zarabiać na życie.
Tak, również zaryłam wiele razy o ziemię, bo nie docierało.
Bo przecież dzieci, bo przecież praca.
Co się stanie jak przestanę o wszystko dbać?!
A jak padnę na amen?
To nie dość, że przestanę, to zniknę na zawsze.

Przesadzam?
No nie.

Dwa razy odcięło mi czucie od szyi w dół, bo przeciążyłam kręgosłup, powszechna grypa powalała mnie do nieprzytomności na przynajmniej dwa, trzy tygodnie, bo dopiero takiej ulegałam i brałam przymusowe wolne ledwo co kumając cokolwiek, nie wspomnę już o szalejącym woreczku żółciowym przy przeginaniu z wycieńczeniem organizmu, czy naderwanym mięśniu wzdłuż kręgosłupa...

Nocy nieprzespanych i pracy w ciągu bez dnia wolnego zaliczyłam tyle, że już nawet nie liczę, a mój mąż jeden wie ile kilogramów przerzuciliśmy tylko we dwójkę przy różnych działaniach...

Dzielna byłam!
I co z tego...?

Obowiązki wypełnione, a jakże.
Ale...
...czasu dla najbliższych mało, a dla siebie...?
Już jakby nie zostało nic.

Nie polecam.
Nie warto.
Ciało człowieka jest niesamowitym organizmem.
Jest naprawdę wręcz pancerne, serio!
Ale ile można to sprawdzać?
Zniszczysz je, to nie masz NIC. Absolutnie NIC. Znikasz. Kropka.

Na wiecznym żyłowaniu będziesz cierpieć fizycznie, emocjonalnie i będą cierpieć Twoi bliscy.
Jeśli jesteś matką, to zwłaszcza będą cierpieć dzieci, bo dzieci widzą co się dzieje, choćbyś myślała, że dobrze się kryjesz.
Poza tym, czy chcesz nauczyć je tego samego...?
Czy rzeczywiście chcesz, żeby tak się poświęcały...?
Choćbyś uczyła dzieci szacunku do nich samych, to i tak powielą Twoje działania.
Bo to widzą i to przyjmują za normalne.

Tak więc - najpierw Ty.

Patrz na siebie szczerze, ale spokojnie.
Nie karz się więcej, nie wyrzucaj sobie jak mogłaś, nie musisz mieć poczucia winy.
Starałaś się, działałaś nieświadomie, działałaś z miłości.
Ale teraz już wiesz.
Teraz już widzisz.
Teraz włącz też miłość do siebie.

Twoje ciało czasem boli, czasem pada ze zmęczenia, ale ono wie co robi.
Ono do Ciebie mówi.
Mówi, żebyś odpoczęła, mówi, że potrzebuje jakiegoś działania, jakiegoś składnika.
Ono działa dla Ciebie.
Im bardziej je zagłuszasz ignorowaniem i środkami przeciwbólowymi, tym będzie mówiło głośniej... aż zacznie krzyczeć.
I nie dziw mu się proszę.

Popatrz na swoje ciało jak na najbliższego przyjaciela.
Któremu z najbliższych przyjaciół kazałabyś znosić tak wiele i poświęcać się tak bardzo...?
Żadnemu.
Dlaczego więc każesz sobie...?

Tak samo jak do Ciebie mówi, tak samo odbiera otaczający Cię świat.
Potem Twój umysł te odebrane dane przetwarza i podaje Ci po części w formie konkretnych wniosków, ale część tego odbioru pozostaje nie w pełni uświadomiona.
Bo część rzeczy odbieramy jako tak oczywiste, że przecież możemy je pominąć, zwłaszcza jeśli nasze życie pędzi przecież tak niesamowicie.
A wpływ na nas ma wszystko.

Nie da się rozpatrywać swojej istoty na jednej płaszczyźnie, czy to fizycznej, czy emocjonalnej itd....
Jesteśmy złożeni cali i wszystko w nas od siebie zależy.
Na Twoje ciało będzie miało wpływ absolutnie wszystko, jakiekolwiek bodźce z każdej strony.
Smaki, zapachy, widoki, dźwięki, dotyk, ale to wszystko działa też na Twój umysł, który je przetwarza. Każdy bodziec wywołuje jakąś, choćby najmniejszą emocję, jakiekolwiek czucie podawane przed umysł dalej i odczuwane w ciele. Podzielić więc tego nie można. Wszystkie elementy działają razem.

Nie możesz ich oddzielić i zająć się jedynie którąś częścią.
Dlatego ważne jest, co Twoje ciało odbiera, co Twój umysł przetwarza, warto więc abyś zaczęła karmić się tym, co Ci służy.
Ważne jest czym się karmisz, czyli co zjadasz, ale również emocje jakimi się karmisz, informacje jakimi się karmisz... To wszystko razem.

TWÓJ DOM DRUGI.

Twoim drugim domem jest to wszystko co Cię otacza i tu jest też miejsce, w którym mieszkasz.
Dlatego bardzo ważne jest to, czym się otaczasz i warto również otoczenie wybierać świadomie, bo właśnie z niego karmisz się informacjami i emocjami.
Tak, czasem nie jest to możliwe, zwłaszcza od razu, ale powoli, ze zrozumieniem, wszystko można poukładać.

Mają wpływ na Ciebie ludzie, którzy są blisko, mają wpływ rzeczy, które nosisz, ma wpływ wystrój Twojego mieszkania i tryb życia jaki prowadzisz.
Dosłownie wszystko.

W Twoim domu ma być Tobie wygodnie. Pod każdym względem.
Ma on zapewniać Ci możliwości odpoczynku i relaksu, tak, żebyś mogła zadbać w nim o swoje ciało. Wszystko w nim ma działać na Ciebie wspomagająco, a nie obciążająco i masz pełne prawo ustalać w nim swoje zasady.


A jak?
To już chyba w następnym poście ;)

Na powitanie nowej siebie możesz się sama uściskać i podziękować swojemu ciału za to, że jest i za to jakie jest.
Bo jest wspaniałe.
Nawet, jeśli nie zupełnie po Twojemu  idealne.
To będzie dobry początek.

<3

milka giemza joanna pawlikowska sesja kobieca twoj dom
milka giemza joanna pawlikowska sesja kobieca twoj dom
milka giemza joanna pawlikowska sesja kobieca twoj dom
milka giemza joanna pawlikowska sesja kobieca twoj dom



Piątek, Lipiec 24, 2020, 18:48 | Brak komentarzy »
Któregoś dnia, kiedy klientka miała spóźnić się jakiś czas na sesję, zaparzyłyśmy z Joanną pokrzywy, żeby ze smakiem popić nią kupione rano pączki. Pogadałyśmy w spokoju, jak lubimy i poprosiłam ją, żeby zrobiła mi kilka zdjęć.

Nie miałam makijażu, jak zwykle od dłuższego czasu.
Sukienkę miałam luźną, niedopasowaną, która bardziej mi kilogramów dodaje niż odejmuje i nie jest w mojej tonacji kolorystycznej. Która skraca moją sylwetkę niewygodną długością i raczej wpędza stylem w lata. Włosy popandemiczne, to raz, dwa, że nadal nie mogę się zdecydować co z nimi zrobić, więc po prostu sobie rosną. Całości dopełniały wszechobecne komary...

Ale pamiętam, że fajnie się czułam tego dnia.
I sama ze sobą i z czasem spędzonym z Joanną...

Pomyślałam, że wykorzystam powstałe zdjęcia do notatki w temacie akceptacji.
Później, wpadł mi do głowy jeszcze inny temat i rzeczywiście zdjęcia podzielę na dwie części, ale dziś właśnie o akceptacji będzie słów kilka.

Myślę, że to pojęcie jest trochę błędnie interpretowane.
Ale w sumie ilu ludzi, tyle interpretacji wszystkiego...

W każdym razie...
W akceptacji chodzi o najprostsze widzenie.
Bo zwykle, jak cokolwiek nam się nie podoba, to widzieć nie chcemy.
Akceptacja pomaga nam spokojnie przyjąć czysty fakt, nie okraszony żadnymi etykietkami.
Dzięki niej nie ubieramy spraw w niepotrzebne lęki i niechęci.

Kilka dni temu Joanna przysłała mi zrobione zdjęcia.
Jest wśród nich jedno, na którym uwieczniła kolejną z moich dziwnych min.
W pierwszym odbiorze zaśmiałam się, w drugiej chwili pomyślałam, o matko, tego nigdzie nie publikuję!

Stało się więc flagowym ujęciem do tej notatki.
Tadaammm...

milka giemza joanna pawlikowska sesja kobieca akceptacja

Skąd ten paradoks?
Jednym z moich największych kompleksów był kiedyś krzywy zgryz.
Co ciekawe, wcale nie trzymam się z tego powodu na siłę poważnie, cieszę się zwykle pełną gębą i właśnie strzelam miny, których czasem później chwilę żałuję.
Ale tylko chwilę.
W wyrywkach historii mojego zgryzu przewija się to, że za sprawę moi rodzice zabrali się dość wcześnie, ale z powodów różnych nie było możliwe na tamten moment działanie i musiałam poczekać kilka lat. W ciągu tego czasu nauczyłam się z tym żyć i odłożyłam sprawę.
Czy kiedyś to zmienię?
Może. A może nie...
Nie wiem i na ten moment nadal o tym nie myślę.

Ale kiedy zobaczyłam powyższe zdjęcie, to w pierwszym momencie nie chciałam go pokazać, żeby nie mierzyć się z opinią zewnętrzną, bo mina którą zrobiłam, właśnie mój zgryz pokazała od najmniej ciekawej strony i bo...
...bo nie jest to ładne.

I boom! mamy ten haczyk.

Sama złapałam się na tym, że nie czuję się ładna w porównaniu do danego otoczenia.
Złapałam się na porównywaniu do innych.
Do zdjęć „idealnych", kobiet „idealnych", do tych „ładnych" i poczułam przez moment, że ładna nie jestem.

Spojrzałam więc na zdjęcie znowu.
Patrzyłam długo.
Przerywałam i patrzyłam znowu.

I wiecie co?
Zdjęcie mi się podoba i ja się sobie podobam.

A opinia innych... cóż, gusta są różne, odczucia są różne, zawsze będą... ale moje są w porządku.
I to jest najważniejsze.

Kiedy spojrzałam na zdjęcie pierwszy raz, na szybko, dotarły do mnie pierwsze odczucia, zaczęłam myśleć, analizować itd.
Lęki, strach i wszystko co negatywne narastało w zastraszającym tempie.
Myśli mnożyły się w niezliczone ilości.

Ale kiedy patrzyłam, im dłużej patrzyłam, im bardziej tym patrzeniem byłam zajęta, tym bardziej nie mogłam zająć się mącącymi mi głowę myślami.

Patrząc długo widziałam jeden, ten sam, niezmienny obrazek.
Nie miałam możliwości go zmienić, nic do niego dodać, nic od niego odjąć.
Byłam tylko ja i fakt, który był przede mną.

I myśli, które zaczęły się pojawiać, to miłe wspomnienia tamtego czasu.
Poczułam znowu te uczucia, które towarzyszyły podczas tej sesji, podczas mojej rozmowy z Joanną, podczas tego dnia.
Poczułam jak było mi wtedy dobrze.
Bez wszystkich opisujących moje cechy etykietek.

O to właśnie chodzi w akceptacji.

Kiedy czegoś nie lubisz, czegoś się wstydzisz, czy boisz, nie chcesz na to patrzeć, nie chcesz tego widzieć, nie chcesz się z tym zmierzyć, bo wydaje Ci się, że to nic nie zmieni, no może poza tym, że będziesz czuła się gorzej patrząc na to, co „brzydkie".
Ale to zmienia bardzo wiele.
Kiedy patrzysz, tak uczciwie i długo, nie masz możliwości napędzać wszystkich myśli.
One są, atakują, ale po jakimś czasie przestają mieć znaczenie.
Przychodzi moment, kiedy zaczynasz widzieć siebie.
Nie wszystkie „ideały", do których nie pasujesz, do których się porównujesz...

Widzisz tylko siebie.
I możesz wtedy myśleć tylko o sobie.
Możesz wtedy poczuć siebie.
I tu jest ten punkt pierwszy.
Jesteś Ty.
Masz swoje cechy.
Te cechy są różne.
I to jest w porządku.
Kiedy docierasz do tego punktu, to tu zaczyna się akceptacja.

Akceptacja oznacza to, że się widzisz. W stanie faktycznym.
Bez lęków, obaw, bez przekłamań.
Widzisz to, co jest.
I patrzysz na to już spokojnie.

Możesz wtedy pomyśleć spokojnie o tym, dlaczego coś jest takie, a nie inne.
I ewentualnie podjąć decyzję o zmianie.

Niektórzy mawiają, że akceptują się takimi jakimi są i nie muszą nic zmieniać.
I to też jest w porządku.
Ale to jest już wybór, do którego masz prawo i który zależy od Ciebie, nie sama akceptacja.

Akceptacja nie oznacza, że nie możesz nic zmienić.
Właściwie dopiero akceptacja pozwala na podjęcie spokojnej i rzetelnej wobec siebie decyzji o zmianie
. Dopiero kiedy akceptujesz, decyzja o ewentualnej zmianie, będzie realnie Twoja.

Wszystkie decyzje podjęte bez akceptacji, podejmuje za Ciebie strach, podejmują Twoje lęki, podejmują reklamy...

Jeśli, powiedzmy, że masz nadwagę, widzisz to i stwierdzasz, że tak jest i czujesz wobec tego spokój, to jest to akceptacja. Dalej masz wybór, czy chcesz to zmienić, bo chcesz być szczuplejsza, czy chcesz ze swoją wagą w spokoju pozostać.
Jeśli masz długie włosy, to masz długie włosy, to jest fakt. Twoją decyzją jest, czy chcesz aby długie były, czy chcesz je obciąć. Jeśli obetniesz i nie będziesz czuła się w nich dobrze, to możesz się chować i lamentować aż odrosną, a możesz to zaakceptować, czyli stwierdzić fakt, że są krótkie i ten, że nie czujesz się w nich w porządku, ale akceptacja da Ci spokój w oczekiwaniu na kolejną zmianę, czyli czekanie aż odrosną.

Ja mam swój krzywy zgryz, taki jest i nie będę się z tego powodu ograniczać.
Będę się nadal śmiać, robić głupie miny i nosić czasem wyraźne pomadki.
To jest moja akceptacja.
A kiedy poczuję, że chcę podjąć decyzję o zmianie, to ją podejmę i ją również zaakceptuję.

Akceptacja niesie ze sobą lekkość i zabiera moc wszelkim lękom, które potrafimy sobie napędzić.
I przede wszystkim widzi prawdę, więc daje nam wolność.

Na koniec opowiem Wam jeszcze jedną historię...
Podczas pewnych warsztatów makijażu z grupą nastolatek, usłyszałam od pewniej niespełna trzynastoletniej dziewczynki, że chce się nauczyć konturować twarz na mokro, bo ma strasznie okrągłą buzię i jest strasznie pyzata i nie chce tak wyglądać.
A miała buzię piękną, drobną, wyrazistą, z wyraźnie zarysowaną linią żuchwy i kośćmi policzkowymi.
Zamurowało mnie to i zasmuciło na dłuższy czas.
Takie widzenie wynika właśnie z patrzenia na innych, tych, którzy wydają nam się ładni, według powszechnie panującej mody i norm, i z niepatrzenia na siebie.
Do tego wszechobecne stereotypy i marketing...

Patrzcie proszę częściej na siebie.
Poświęćcie swojemu odbiciu w lustrze chwilę i powiedzcie do siebie coś miłego.
A o tą samą chwilę mniej obserwujcie świat zewnętrzny, zwłaszcza ten sztucznie kreowany.

Jesteście jakie jesteście.
Nie bez powodu.
I to jest piękne.
Wy jesteście piękne.
I ja też ;)

Akceptacja, to dobra przyjaciółka. Nie zapominajcie o niej ;)
Tylko jak to z przyjaźniami bywa, przyda się o nią dbać i czasem potrenować tą wspólną relację.

Poniżej dorzucam kilka zdjęć więcej.
Mimo może wizualnie dodanych kilogramów i lat, mimo braku makijażu i dziwnych min, mimo może wszystkiego niemodnego... czując się bardzo dobrze ze sobą wtedy i teraz.

<3

milka giemza joanna pawlikowska sesja kobieca akceptacja
milka giemza joanna pawlikowska sesja kobieca akceptacja
milka giemza joanna pawlikowska sesja kobieca akceptacja
fot.: Joanna Pawlikowska
miejscówka: Willa Banczewianka, Milanówek


Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem