Niedziela, Wrzesień 5, 2021, 10:24 | Brak komentarzy »

"Jeśli tego jeszcze dziś nie usłyszałaś,
pamiętaj, jesteś wystarczająco dobra, 
by sprostać wszystkiemu, co Cię czeka."

Dzień dobry Piękna Istoto.

Chyba zacznę od tego, żeby trochę się wytłumaczyć...
bo po co to całe nękanie Cię korespondencją, zwłaszcza w świecie, który żyje szybko...?
W czasie, kiedy można przecież wysłać maila...
W dobie bliskości w szybkiej łączności, kiedy zwykle w kopercie dostajesz jedynie papierowe konieczności...
Po co przesyłanie kolejnych rzeczy w świecie, w którym rzeczy ogólnie jest za dużo...?
Po co kupowanie znaczków, bieganie na pocztę, wypisywanie pióra, skoro list można wysłać elektronicznie...?

Myślę, że pytań tych mogłabym jeszcze kilka wymienić, a zamiast tego piszę...
po prostu nadal piszę... ten właśnie list... do Ciebie...
Myślę również, że piszę go z poczucia pewnej tęsknoty własnej... za tym życiem, które uciekało mi przez palce... w pędzie świata obecnego...
...które ginęło gdzieś w pośpiechu wysyłanych maili...
...które, sama nie wiem kiedy, przerodziło jakoś nagle, mojego Syna w nastolatka...

Piszę, bo tęskno mi za czasem spędzonym na rozmowach z ludźmi... ale takich rozmowach, w których obie strony SĄ, nawet kiedy milczą... bo jakoś przez telefon milczy się jednak słabo... a mailem już w ogóle kiepsko...
Mail jakoś dziwnie mnie wynaturzył... jakby trochę obrał z człowieczeństwa do konieczności szybszego załatwienia sprawy... a ja tak bardzo lubię człowieka poczuć... choćby w ułamku jego istnienia.

Tak, wiem, że jest też masa różnych komunikatorów... ale szyba ekranu tworzy dla mnie jakąś, może niezrozumiałą, zimną, sztywną granicę...

I rzeczywiście fajne są te wszystkie miłe, szybkie rozmówki, wszelkie ubarwione emotikonami small talki... jednak nadal brakuje mi w nich zwykłej, prostej rozmowy...
...takiej z obecnością...
...takiej z poświęconym dla siebie wzajemnie czasem...
...takiej z dodatkami, niczym syrop orzechowy do ulubionej kawy...
...takiej, po której długo uśmiecham się pod nosem, nawet jeśli było w niej wiele różnych emocji, nie tylko pozytywnych...
...takiej, z której w sercu zostało mi wiele ciepła, nawet jeśli była „o niczym"...
...takiej zupełnie bez pośpiechu, tylko we własnym tempie...

Bez pośpiechu i we własnym tempie więc piszę, zamykając w kolejnych wyrazach i zdaniach kawałek siebie.
Piszę, przelewając swoje myśli na papier, żeby zostały utrwalone i żeby zatrzymać płynące w nich emocje...
...żeby zwolnić i odczuć spokój i żeby ten spokój wysłać również Tobie...
...żebyś mogła usiąść przy kawie, herbacie lub winie i poczytać kilka zdań od drugiego człowieka.

I w sumie nie jest nawet tak bardzo ważne, czy się znamy, czy nie...
...nie jest ważne jak teraz wyglądamy i ta zaklęta w słowach na papierze rozmowa, może spokojnie toczyć się, kiedy siedzisz w papilotach na głowie, czy w piżamie lub w wannie... lub kiedy ja tak siedzę...

Ważne jest dla mnie, żebyś mogła poczuć, że gdzieś tam jest człowiek, któremu zależy, żebyś mogła zatrzymać się na chwilę w ulubionej formie i poczuć życie...
...to właśnie życie, w codziennym pośpiechu uciekające...
...człowiek, który postanowił, podzielić się z Tobą kawałkiem siebie, swojego czasu, kawałkiem swojej kartki i swojego świata.

Bo jakoś w tym szaleństwie świata otaczającego nas wszystkich, trochę mało mi człowieka ostatnio...
...takiego, który podniesie na duchu, a nie wytknie najmniejszego błędu...
...takiego, który dmuchnie w Twoje skrzydła wiary w siebie, a nie rzuci kłody pod nogi...
...takiego, który wysłucha Ciebie i Twojej historii, a nie rzuci od razu radą niechcianą...
...takiego, dla którego nie liczy się jak wyglądasz, co wyznajesz, czy nie wyznajesz, czy jak się odżywiasz...
...takiego, który po prostu cieszy się, że jesteś.

A ja akurat cieszę się, że jesteś.
Bardzo.
I dziękuję Ci.

Bo Twoje życie, istnienie, jest niesamowicie ważnym elementem życia całego świata.
Bo mogę się z Tobą podzielić kawałkiem siebie.
Bo świadomość Twojej obecności i otwartości na mnie, jest dla mnie ogromnym wsparciem i przyniosła mi wiele radości.

Dziękuję Ci więc raz jeszcze, za to, że po prostu jesteś.
I że ja mogę zaistnieć dla Ciebie w tym liście.

Dziękuję, bo warto wdzięczność wyrażać...
...a tej najprostszej wdzięczności też wciąż jakoś mało...

Piszę też, żeby wysłać Ci to, co ostatnio mało popularne, kiedy publika słaba, a chcę to napisać dla Ciebie po prostu, do Ciebie po prostu, bez widowni i owacji...
...żeby w tym zwolnieniu i spokoju, zwrócić Twoje oczy na Ciebie samą...
...żebyś w całym galimatiasie świata wielkiego, wzięła głęboki oddech i poczuła, że jesteś ważna, taka jaka jesteś...
...jesteś dobra taka, jaka jesteś...
...jesteś piękna taka, jaka jesteś...
...jesteś silna taka, jaka jesteś...
...jesteś wartościowa taka, jaka jesteś...
...jesteś cudem taka, jaka jesteś...

JUŻ.
NICZEGO CI NIE BRAKUJE.
I NIGDY NIE BRAKOWAŁO.

Choć może czasem wydawało się inaczej, a do tego świat mówi różne rzeczy i różne rzeczy wmawia.
Choć czasem to, co wokół może wydawać się dziwne i przerażające, to wiedz, pamiętaj, że JUŻ JESTEŚ.
Dobra, piękna, silna, wartościowa...
JUŻ JESTEŚ CUDEM.

Tak po prostu.
JESTEŚ.
I nadal bądź.
Dla siebie.
Dla mnie.

I buduj swój świat, jakiego potrzebujesz.
Ja będę budowała swój.
I trzymajmy się razem.
Wspierając.

W tych listach chciałabym właśnie, wspierać Cię, w Twoim byciu.
Wspierać w Twoim pięknie i jego odczuwaniu.
Wspierać w Twojej indywidualności i wartości.

Chciałabym być wsparciem i motywacją, bez ciśnienia i wymuszenia...
...bez reklamy, marketingu, sprzedaży...
...bez niczego w zamian.

Wsparciem swoją obecnością, uwagą i uważnością...
...wsparciem słowem, emocją, obrazem, kreacją...
...wsparciem moim światem...

Jedynie po to, żebyś mogła BYĆ...
...spokojna BYĆ...
...spokojnie BYĆ...
Dla siebie.

Może więc będzie później mniej emocjonalnie...
a może i nie...
...może będzie bardziej zadaniowo...
...może będzie bardziej zabawnie...
...może będzie jakieś wyzwanie...

Nie wiem jeszcze, nie umiem określić...
zobaczę, co się urodzi w mojej głowie i w sercu...

W każdym razie będę dalej pisać, a jeśli Ty dalej będziesz chciała podążać ze mną tą ścieżką, to będzie mi bardzo miło i będę słać do Ciebie kolejne koperty.

Tymczasem...


Ściskam Cię mocno...

milka

milka giemza oldletter maj


środa, Sierpień 25, 2021, 09:18 | Brak komentarzy »
Teraz widzę wyraźnie, od jak dawna nosiłam w sobie wewnętrzny konflikt działania...
Widzę, jak wiele decyzji mogłam podjąć wcześniej, czego nie robiłam... ze strachu... wtedy jeszcze nieuświadomionego, a może już wiedziałam, tylko nie chciałam tego zobaczyć...

Zaczynając działania zawodowe niosłam w sercu nadzieję na rozwijanie kobiecych skrzydeł pod wieloma postaciami...
W międzyczasie, zaczęłam dobijać kobiety w ich klatkach...

Kiedy patrzyłam na wiele pięknych kobiet, opustoszałych wewnętrznie ze swojej prawdy, to bolało mnie to niczym każda moja własna część...
Bolało mnie, kiedy widziałam iskrę marzenia w ich oczach, o rzeczach choćby prowizorycznych, pięknie zapalającą radość, która momentalnie gaszona była pamięcią o tym, że mąż nie będzie zadowolony, że mama się nie zgodzi, co dzieci powiedzą...
Bolało mnie, kiedy pustoszały coraz bardziej, nakrywając się kolejnym wieczkiem i wracając do cudownego świata codziennego życia...
Mam wrażenie, że wiele kobiet przychodziło do mnie zaczerpnąć łyk świata nierealnego, żeby utrzymać w swoim sercu resztki nadziei na możliwość istnienia pewnej utopii...
żeby łatwiej było im przetrwać czas jakiś kolejny...
no i po wieczko... po nie przychodziły przede wszystkim...
a w wieczka to ja umiałam.
Tylko z założenia chciałam je dopasować do tego, co widzę nie tylko na zewnątrz.... i może dlatego tak bardzo pasowały... niemniej, nadal to były wieczka...
...trochę więc wychodziła z tego wilcza przysługa...

Wiedziałam, wiem, że nie potrafię już tych wieczek oferować.

Kiedy ścisnęło mnie to w środku, kiedy wewnętrzny konflikt wywołał grubą wojnę, pozwoliłam płonąć temu co nie było już moje...

Patrząc z dość dużej już perspektywy, myślę, że wszystko wokół mnie zgrało się z zegarmistrzowską precyzją...
Wszystko łącznie z kupnem domu, pandemią i odpowiednio wydłużoną i utrudnioną przeprowadzką...

Moje pojęcie pracy z kobietami, kobiet samych w sobie, pracy samej w sobie i współpracy w tym wszystkim, okazało się zbyt różne od tego, co otaczało mnie wokół...

Przysłowiowe „rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady" dzwoniło mi w głowie coraz częściej, bo niewygoda otoczenia cisnęła wszystkimi sposobami, o poszukiwanie alternatyw dla obecnego życia.

W luźnej rozmowie, zaczęliśmy z Tomkiem szukać domu...
Najpierw próbowaliśmy określić okolice, w których chcielibyśmy zamieszkać, ale nic nie potrafiliśmy skonkretyzować...
Później, jeszcze luźniej, stwierdziliśmy, że poszukamy wg kryteriów dom w lesie i dom na zadupiu.

W dużym skrócie, w niedługim czasie, niezależnie od siebie, każde z nas wyłoniło po jednym ogłoszeniu.
I to było dokładnie to samo ogłoszenie.

Dwa dni później oglądaliśmy ten dom.
Dwa miesiące później, po kilku burzach, w lekkich obawach, mieliśmy w ręku klucze do niego.
Najlepsze w tym wszystkim było to, że choć nie obyło się bez przygód, to wszystko toczyło się lekko i było w pełni oczywiste.

Większość otaczających nas osób pukała się w głowę i wydawała mnóstwo opinii niezadowolenia wobec naszej decyzji... garstka wspierała, mimo swoich własnych obaw.

Dom w każdym razie był nasz.
Dom do wykończenia budowy i grubego remontu.
I w tym momencie na grubo wjechała pandemia, która odcięła nas od możliwości działań w temacie oraz wszelkich możliwości zarobku, przynajmniej w moim zawodzie.
Wtedy wyglądało to mega słabo, teraz widzę, jak wiele czasu dostałam, żeby to wszystko poukładać w sobie.

To był czas, kiedy porządnie musiałam przeredagować życie i zdefiniować je na nowo, przynajmniej w podstawach na ten nowy moment.
Do tego zajechało mnie zdrowie, ale myślę, może teraz widzę, nawet wyraźnie, że było to tylko oczywistym wynikiem toczących się zmian.

I znowu w dużym skrócie.
Udało mi się postawić na nogi, po czym decyzje podejmowałam jeszcze bardziej konkretnie i szybciej, dzięki czemu docisnęłam wszystko co jeszcze na tym etapie trwało pod znakiem zapytania. Aż mimo trudności grubych, zaczęliśmy przenosić się z dzieciakami na budowę.
Tak.
Dom był jeszcze w budowie, kiedy postanowiliśmy tu zamieszkać.
Wpadaliśmy na stare rejony dość często, żeby odpocząć od cegieł i betonów i pozałatwiać bieżące sprawy. Jednak nasz dom był już wyraźniej gdzieś indziej.

Ta odległość i znaczna różnica światów pomogła mi określić, czego w życiu naprawdę potrzebuję...
Świat wyhamował mnie ze wszystkiego co znałam wcześniej.
I w tym momencie największej niewiadomej, dostałam to, o czym kiedyś tylko sobie marzyłam.
I weszło to jakoś nagle, chociaż teraz myślę, że po prostu to był moment, w którym miało się zrealizować i wszystkie czynniki się do tego przyczyniły.

Od zamieszkania tutaj minął prawie rok.
Od kupna już lata dwa.

Nadal mieszkamy w remoncie, ale jest już zupełnie inaczej.
To już nie budowa.
W najtrudniejszych momentach otrzymaliśmy pomoc ze źródeł mocno dla nas niespodziewanych.
Wiele razy pytano mnie, jak dajemy sobie radę...
Czasem nie wiem...
Czasem sama się nad tym zastanawiam...
Jednak wszystko, co mnie otacza, wszystkie wynikające sytuacje, pokazują mi, że da się i nawet jest zdecydowanie lepiej, choć ciężej w niektórych kwestiach...

Wiem, że nadal noszę w sercu nadzieję na rozwijanie kobiecych skrzydeł.
Wiem, że nie mam zamiaru pomagać im już w zakrywaniu i ukrywaniu siebie, choćby najpiękniejszą maską.
Resztę jeszcze odkrywam...
Zaczynając od siebie.

Ten czas w nowym domu, jest moją drogą powrotu do prawdy własnego istnienia i odkrywaniem praw i podstaw pierwotnych.

I piszę...
bo myślę, że nie tylko ja jestem obecnie w podobnej drodze...

Zresztą... zawsze jesteśmy w drodze...
Zawsze mamy co odkrywać i definiować na nowo...
Zawsze pisząc swoją historię...

LuV U
milka

milka giemza droga las natura


Niedziela, Sierpień 22, 2021, 20:13 | Brak komentarzy »
Najbardziej z tego zamkniętego rozdziału pt. działania zawodowe, tęskno mi za makijażami artystycznymi... zwłaszcza tymi, którymi przenosiłam na twarze swoje interpretacje realnej sztuki...
albo tymi, które powstały na zmęczeniu ogólnym, bo wtedy żadne blokady nie miały siły istnieć i tworzyłam dziwactwa z niebywałą lekkością...

Płynął kolor, płynęła kreska, wchodziła zasada im więcej tym lepiej i wszystkie chwyty dozwolone...
Zabawa niczym w przedszkolu była moją specjalnością...

I chyba o samą zabawę chodziło...
Lubiłam tą piaskownicę i te wszystkie zabawki...
Kolorowe chustki, pudry, cienie, brokaty...
I te pędzle... miękkie, puchate, miziające... w nieokreślonej ilości...
Wszelkie ubrania... sukienki, buty, dodatki... i samo ubieranie...
Ubieranie kobiet, to trochę niczym zabawa z lalkami... dobieranie, przebieranie, stylizowanie...


Brakuje mi projektów wszelakich... malowania na palecie realnego życia, widzianego wcześniej jedynie oczami wyobraźni obrazu...
procesu tworzenia, wcielania i realizowania wspólnej wizji...
współpracy z ludźmi podobnych wartości i poziomu czucia...


Brakuje mi też rozmów z ludźmi...
...ich historii...
choć wszystkie mocno odczuwałam i wiele mocno mnie dotknęło, to każda, absolutnie każda była dla mnie ogromną nauką... i wdzięczna za każdą jestem bardzo...

Lubię się uczyć.
Perspektywa ucznia jest niesamowita.


Czasem brakuje mi adrenaliny, która często wjeżdżała na grubo na eventach...
dokonywania niemożliwego...
odpowiedzi całą sobą na stwierdzenie „nie da się"...
...no bo jak to się nie da...
Ale mój kręgosłup za tym nie tęskni, a ciało ogólnie zażyczyło sobie spełnienia innych potrzeb.


Bardzo wyraźnie zmieniła się piaskownica i zmieniły się zabawki...
Zmieniły się też zasady całej zabawy...


Moje tęsknoty pozostają więc w swoim żywym katalogu do oglądania i przeżywania.
A dialogi toczę obecnie najwyraźniejsze sama ze sobą, głównie na temat swojego własnego życia, przeglądając własne historie i rozprawiając sobie nad własnym obecnie dlaczego...


Rozdział działania zawodowe, w taki sposób zamykam.
Nie powiem, że więcej nie wspomnę, czy nie napomknę...
Jednak zdecydowanie idę dalej, w innym kierunku.

LuV U
milka

milka giemza folio pf kolaz



Piątek, Sierpień 13, 2021, 08:38 | Brak komentarzy »
Weszłam w świat makijażu i stylizacji z otwartą głową, sercem i ramionami.
Ogólnie wszystko ładnie, pięknie.
Dokładność i siła popadania w temat mi sprzyjały, więc dość szybko zaczęłam współpracę z pierwszym koncernem, dość szybko dostając plaskaczem realiów w twarz.

Dostajesz plakietkę make-up artist, kufer i grafik oraz milion materiałów szkoleniowych plus samo szkolenie przeważnie, choć okazuje się, że czasem regułą to nie jest...

mówią ładnie o tym jak to masz cudownie działać, upiększać kobiety, polecać zajebiste rzeczy i zarabiać przy tej okazji z lekkością, no bo przecież to Twoja pasja i misja...
więc generalnie sprzedawaj więcej niż maluj, miejsce często masz realnie nie ogarnięte wymogami, wymogi raczej pozostają w teorii, a pod grafikiem masz raport dokładnej sprzedaży...

Starałam się przykładać więc i wyciągnąć z tego jak najwięcej dla siebie. Głównie informacji i doświadczenia, bo te zarobki z pasji to jednak przewiane były zacnie...
Ludzie w korpo przeważnie traktują Cię zwykle jak kolejne nazwisko na liście i dopóki nie odwalisz czegoś zajebistego lub w drugą, czegoś na maksa do bani, pozostajesz jednym z wielu jednakowych ludków...

Ale poznajesz też wielu ludzi z branży poza tym korpo i jest czasem trochę inaczej...

Jednak na tym etapie ratowały mi głowę makijaże okazjonalne z wolnej stopy i sesje zdjęciowe.

Dwa światy totalnie.
Ten z korpo i ten artystyczny.

Szybko poszłam dalej...

Ten etap nauczył mnie pilności, pracowitości, dokładności, samokształcenia, szerszego spojrzenia na ludzi i z lekka wyostrzył mi język, choć jeszcze malutka w sobie byłam strasznie...

Kolejne firmy szlifowały moje doświadczenia w podobny sposób, z tą różnicą, że nie dawałam się już tak łatwo robić w bolo...

Do tego zdecydowanie stawiałam na relacje i to one pozostały mi na lata dalszej pracy, niezależnie od przypisania do jakiejkolwiek marki. Mogłam więc płynąć niezależnie od sprzyjających lub nie, fal z przypiętą metką...

Wtedy jeszcze nieświadomie, ale już budowałam swoją markę osobistą...
To jest najpiękniejsza dla mnie część, bo po wielu latach nadal mam kontakt z wieloma osobami z tamtych czasów i nadal po latach, wiemy kim jesteśmy i reagujemy na siebie uśmiechem na twarzy...

Bardzo wiele nauczyłam się o marketingu w praktyce.
Nauczyłam się również bardzo wiele o kosmetykach z obserwacji.
Na ten moment potrzebuję max kwadrans, żeby zrobić podstawowe określenie produktu pod szkolenie...
Tak, da się.

A najwięcej nadal uczyłam się o ludziach.

Ta droga generalnie skutecznie skrzywiła moją ścieżkę zawodową...

Wszelkie współprace z markami i salonami stały się dla mnie działalnością ciut konieczną, jednak bardziej poboczną i zaczęłam wybierać z kim pracować chcę, a z kim nie...
Albo czułam w jakiejś marce lub salonie flow z ludźmi i było fajnie, albo jednak się żegnaliśmy...
Takie było dla mnie podstawowe kryterium...
Choć nie powiem, żeby było łatwo...

Skupiłam się na pracy z klientem indywidualnym.
I tu zgubiła mnie na początku praca na niewiadomej i obawy o brak klientów...
Balansowanie na granicy „zrobić co Pani sobie życzy" mimo iż wiem, że to nie zgra, czy postawić na swoim i zrobić swoją robotę dobrze, było dla mnie trudnym dylematem wielokrotnie...

Ten czas był dla mnie ogromnym treningiem obserwacji, komunikacji i asertywności...
i treningiem realnej pokory...

I to łatwe nie było, jednak dzięki temu potrafię analizować dość szybko i trafniej podejmować decyzje.

Tak się wszystko toczyło przez czas jakiś w miarę stabilnie z przygodami różnymi, aż dobiliśmy do czasów boomu trendów wszelakich, w kwestii urody i makijażu...
Kolekcje nie pojawiały się już raz na pół roku, a co miesiąc, nowe techniki wyrastały jak grzyby po deszczu, a stare, dzielone na drobne elementy, zyskiwały nowe nazwy i przypisywano im masę nowych kosmetyków koniecznych do stosowania, bo przecież inaczej się nie da...

Stara dobra szkoła umierała...
Artyzm i indywidualizm, zostały skutecznie wyparte przez fast fashion, a marketing tańczył na parkietach salonów solówki...

Wyraźnie przestawała się liczyć podstawa, jakość, kreatywność, wchodziła reklamowa magia i kropka.
Marki przestawały inwestować w dobre szkolenia, informacje i dobrą kadrę, inwestowały natomiast w social media, blogerów i szybkie wzmianki...
Świat internetów stawał się coraz bardziej słitaśny, kolorowy, cukieraśny i zajebisty, a realia drążyła ciemna strona tego medalu...

Kiedy prosiłam marki o dokładne informacje o nowościach pod szkolenie czy spotkanie, to najczęściej z pięknym uśmiechem i potwierdzeniem, docierały do mnie na ostatnią chwilę...
z tym jeszcze dawałam radę coś zrobić, bo jednak doświadczenie mam grube.
Tak, wiedzieli, że ogarnę.

Jednak przyszedł dzień, kiedy poprosiłam pewną dziewczynę od PR jednej z marek, żeby powiedziała mi jaki ma zamysł ogólny na organizowane spotkanie z przedstawieniem kolekcji, co marka chce tą kolekcją przekazać, a ona stwierdziła „zrób magię, będzie dobrze" i poszła uśmiechać się do gości... to jednak mnie jebnęło skutecznie...

Pierwszy raz nie wiedziałam co zrobić...
Trzymając w ręku kilka kartek i mając do zrobienia przed prezentacją kilka makijaży, miałam pustą głowę...

Po spotkaniu okazało się, że zamysł był...
tylko przygotowywany i omawiany w biurze, myślę jednak, że również raczej w formie pięknego ogółu...
pięknie okraszony uśmiechem na spotkaniu...
a ja dostałam kolejną robotę do odwalenia, jako mało ważny przecież człowieczek, bo z małą ilością obserwatorów w social media...

Wracałam wtedy do domu z porcją ciężkich przemyśleń w głowie...
i zapadła we mnie decyzja o jebnięciu tego wszystkiego po raz pierwszy.
Na ten moment w kwestiach współpracy z marką jakąkolwiek na stałe.

Skupiłam się na pracy z moimi kochanymi klientkami, których od lat miałam piękne grono, a do tego bardziej ruszyłam w szkolenia, również zawodowe.

Na tym etapie dostałam plaskaczem realiów w twarz po raz kolejny....

Pracowałam realnie dużo, ale mało meldowałam w sm swoich działań...
Lubię być miła, ale słitaśność w moich żyłach nie płynie, a relacje wolę nadal budować realnie i raczej konkretnie, a zdecydowanie prawdziwie, nawet jeśli w sieci...
Lajeczki nie rosły więc w tempie zastraszającym i jak dla mnie nie miało to znaczenia, tak okazało się, że dla wielu osób tak... swoich klientek nie straciłam, bo znały moją jakość, ale nowe osoby postrzegały mnie już przez taki właśnie pryzmat... „nie masz lajków? To słaba jesteś... dopiero zaczynasz...?"...
Jeb.
Nie ważne ile wiesz i ile umiesz...

Wizażystek na szkoleniach nie interesowały szczegóły i podstawy.
Chciały kupić jedną technikę i koniec.
Najlepiej jak najtaniej i jak najszybciej.
I co najfajniejsze, bardzo często, chwilę później zaczynały same prowadzić szkolenia...
A niektóre nie potrafiły nawet rozróżnić barw ciepłych od zimnych, nie wspominając o innych aspektach kolorów, czy w ogóle o kształcie twarzy i jej elementów...
Bardzo modne konturowanie robiono z szablonu, niezależnie od rysów i odcienia skóry, co najczęściej skutkowało powstaniem na twarzy wielu plam o nieokreślenie dziwnej szarości... niemniej okraszone to było stwierdzeniem „tak ma być, to najnowszy trend, kosmetik za pińcet, będzie Pani zadowolona, to w świetle będzie wyglądać inaczej"... tylko szkoda, że często jeszcze gorzej...

Jeb.

Zamiotło mnie też kilka sytuacji na sesjach biznesowych...
Przestałam więc w takich brać udział, chyba, że znałam ludzi już wcześniej...
bo...
zobaczyłam jak wiele osób chce budować swój wizerunek totalnie nieprawdziwie...
jak wiele osób, tym zdjęciem, na wstępie, chce klienta w sumie oszukać...
jak wiele jest spojrzenia na klienta jedynie w kwestii pieniędzy...
i jak w sumie fałszywe ogólnie to podejście do klienta jest... nawet w tak pięknych tematach jak mindfullness czy wzrastająca duchowość...

Jeb.
Wymiękłam po raz kolejny.

Najbardziej jednak w tym wszystkim zasmuciło mnie to, co działo się z kobietami...
Tymi, które nie znają kulis tego wszystkiego...
Tymi, które po prostu chcą ładnie wyglądać... na okazję, czy bez niej...
One po prostu przepadły w całym szale tych trendów i mustheavów...

Dojechane pędem życia i ciśnieniem społecznym, narzucały sobie samym i sobie nawzajem, chomąto wymogów i ograniczeń...

Już nie zawsze chciały wyglądać ładnie, ale chciały wyglądać modnie.
Już nie zawsze miały w głowie zamysł na siebie, ale chciały mieć na sobie ten konkretny kosmetyk, bo w reklamie wyglądał tak super...
Już nie chciały widzieć prawdziwych efektów, chciały widzieć na sobie efekt z tej czy innej reklamy... często niedościgniony...
I tym samym często były z siebie coraz bardziej niezadowolone...

Coraz częściej makijaż musiały robić, nawet jak nie chciały...
musiały, bo ogarniał je strach, że bez niego wyglądają tak źle...
Coraz częściej ten makijaż był coraz mocniejszy, bo już nie wystarczał...
Coraz częściej, wraz z gubieniem naturalności skóry i rysów, gubiły siebie...

Jeb.
Cała moja misja, żeby kobiety czuły się pięknie i wyglądały pięknie, co miało działać na nie w obie strony, w tym momencie straciła sens...

Narzędzia makijażu i stylizacji, stały się niczym narzędzia oprawcy, a co najmniej niczym kajdany...

Zobaczyłam taki poziom zakłamania świata, w którym nie chciałam uczestniczyć...

Nie chciałam więcej przykładać ręki do tego procederu dobijania kobiecości i tożsamości...

Najzabawniejsze jest to, że nie mam nic przeciwko makijażowi, stylizacji, botoksom, medycynie estetycznej, czy operacjom plastycznym.
Nie mam.
Jeśli wychodzą one z realnej potrzeby wewnętrznej i odpowiadają na tą potrzebę zadowoleniem, radością, czynią tą zmianę pozytywną.
To jest piękne i o to chodzi.

Jedak szala mocno przeważała stronę działania pod presją strachu odrzucenia...
odrzucenia przez męża czy partnera, odrzucenia przez koleżanki, odrzucenia przez społeczeństwo, finalnie skutkując odrzuceniem siebie...

Nie, nie generalizuję.
Oceniam jedynie z własnego doświadczenia poziom i proporcje.
I powiedzmy sobie szczerze, że zasób do analizy miałam bardzo szeroki... z kwestiach zasięgów, terenu, wieku, statutu społecznego, działalności różnej, potrzeb i ilości oczywiście...
Pracoholizm miał ten plus.

Smutno mi w każdym razie było.
Wiele razy poczułam, że to nie mój świat.
Mój jest gdzieś indziej... tylko jeszcze nie wiem gdzie...
W każdym razie ten powyższy, z powyższych powodów postanowiłam porzucić.

Nie miałam i nie mam chęci przykładać ręki do tworzenia kolejnych złudzeń...
Nie mam chęci na tworzenie światów nierealnych...
Nie mam też już więcej chęci bycia maskotką, która jest dziwna, ale którą przyda się mieć blisko, bo robi dobrą robotę...

Może utopijne to, ale wierzę jednak, że da się zbudować świat szczery, na mocnych fundamentach...
I w tą stronę na razie idę...

Po drodze postanowiłam więc wrócić do korzeni...
c.d.n.

LuV U
milka

milka giemza moje powody po raz drugi
milka giemza moje powody po raz drugi
milka giemza moje powody po raz drugifot. Mo Sasal


Poniedziałek, Sierpień 9, 2021, 20:13 | Brak komentarzy »
Po szkole średniej nie za bardzo wiedziałam, w którą stronę chcę podążać, bo kierunki, do których mnie ciągnęło były zdecydowanie zbyt skrajne...
Wiedziałam jedynie, że nie mam zamiaru mieć dalej nic wspólnego z wyuczonym w liceum zawodem.

Już w szkole dorabiałam sobie ciut w modelingu... jak masa dziewczyn wtedy...

Trafiłam na różnych ludzi, ale również na grono typowo artystyczne, mega kreatywne, totalnie niestandardowe... Ludzi sztuki, teatru, muzyki, poezji, malarstwa, którzy zgrali w jednym, pewnym projekcie te wszystkie dziedziny i ja, mały żuczek, mogłam być częścią tego wszystkiego.

Projekt nosił tytuł „Kobieta – teatr mody, malarstwo, muzyka"

Stroje zaprojektowano w podziale na złote, inspirowane zdobnymi ramami obrazów oraz kolorowe, inspirowane obrazami stworzonymi na wystawę.
W trakcie wernisażu modelki, ubrane w owe stroje, w układzie tanecznym tworzyły „żywe" obrazy. Muzyka, skomponowana przez autora obrazów, również była grana na żywo...
Zwieńczeniem było odsłonięcie płócien i oficjalne otwarcie wystawy.

Wiele mam z tego czasu wspomnień i jestem ogromnie wdzięczna za tą ścieżkę doświadczenia.

Wiele się nauczyłam.
I zapragnęłam podążać podobną drogą.

Teatralne klimaty, przenikające się nawzajem dziedziny sztuki, garderoby, niesamowite stroje, totalnie ekspresyjne makijaże... popadłam, przepadłam...

I postanowiłam stanąć po drugiej stronie aparatu, zanurzając się po uszy we wszelkich możliwościach artystycznego wyrażania siebie...

Jednak, początkowo, wygrała u mnie stylizacja, a dokładnie projektowanie ubioru.
Na taki kierunek postanowiłam złożyć wszelkie potrzebne dokumenty, tylko... nie uzbierała się grupa i rocznik nie ruszył...

Pół roku później zaczęłam swoją przygodę z wizażem.
I od tamtej pory, nieustannie działałam w tej dziedzinie... praktycznie nieprzerwanie przez kolejne 16 lat... etatowo, nie dodatkowo...

W międzyczasie dotarły rzęsy, cała oprawa szkoleniowa, współprace z kolejnymi markami, własne studio i tak dalej i tak dalej...

Do tego fajnie było później malować wiele z dziewczyn, które poznałam podczas pracy przed aparatem.

W każdym razie, możliwość zanurzenia się w świecie mocno artystycznym, była moim pierwszym powodem do wyboru zawodowej ścieżki...
Emocje, które niosły mnie wtedy, czuję do tej pory... nawet pamiętam większość słów śpiewanych na wernisażach utworów, bo do tej pory lubię do nich wracać...

Drugim powodem, bardzo wyraźnym, był pierwszy ślubny makijaż, który zrobiłam swojej przyjaciółce, w ostatniej klasie szkoły...
Zrobiło się poważnie, bo to już nie był makijaż na sobie, nie był makijaż na jakąś tam imprezę... to był ślub.
Piękny, realny.
I pamiętam, że zaczęłam klasyką teoretycznych wymogów makijażu ślubnego na tamte czasy, co zupełnie nam nie pasowało, w sensie i mnie i Pannie Młodej... poszłam więc po połączenie własnej obserwacji i intuicji, i po wyciągnięciu wniosków, powstał piękny, spokojny, delikatny, ale widoczny, makijaż ślubny w odcieniach złota i delikatnego burgundu...

Tak, byłam z siebie zadowolona wtedy...
Widziałam mega szczęśliwą, piękną Pannę Młodą, żonę... w jej pięknym dniu... i te emocje dodawały mi skrzydeł...

Ten widok obudził we mnie swego rodzaju misję... bo bardzo chciałam, żeby kobiety czuły się piękne i szczęśliwe...

Zabawnym jest, że zdałam sobie z tego sprawę, w sensie wagi tych dwóch momentów, dopiero po latach... niedawno... podczas rozmowy z Maćkiem Bochnowskim w POP Radio.
Dopiero w trakcie tej rozmowy i rozmyślaniu o niej później, wyłapałam, z mocnej perspektywy, moje zawodowe dlaczego.
Dlaczego wybrałam taką zawodową ścieżkę, dlaczego moje makijaże były takie a nie inne, dlaczego wyrażałam siebie w tej pracy w tak konkretny sposób...

Czasem potrzeba aż takiego dystansu...

Wyłapałam wtedy również, dlaczego w pewnym momencie potrzebowałam to wszystko w cholerę rzucić...
ale to w kolejnej części...
c.d.n.

LuV U
milka

milka giemza teatr mody malarstwo muzyka
milka giemza teatr mody malarstwo muzyka
milka giemza teatr mody malarstwo muzykafot. Kuba Konarzewski


Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem