Niedziela, Styczeń 10, 2021, 23:16 | Brak komentarzy »

W swoim życiu poznałam mnóstwo ludzi.
Wśród nich mnóstwo kobiet, zapewne zdecydowaną większość.
Choć oczywiście nie tylko.
Ludzi w różnym wieku, z różnych środowisk, o różnym statucie społecznym i materialnym...
Ludzi o różnych poglądach, kolorze skóry, orientacji, wierze...

Wszędzie mnie było pełno swego czasu... i zawodowo i prywatnie...
A ciekawość świata wciąga...

Z wieloma osobami mam kontakt, mniejszy lub większy, do tej pory... nie ważne ile lat już minęło.

Każdy człowiek, to ciekawa historia.
Razem z tą rzeszą ludzi, poznałam historii mnóstwo.

Choć wiele z nich mogło mieć podobne elementy, to każda była absolutnie niepowtarzalna.

Niesamowitym było, że często poznawałam te wszystkie historie zupełnie nie na określonej linii znajomości.
Do tego w bardzo krótkim czasie.

Ludzie po prostu zaczynali mówić, zdania się plotły, rozmowy się kleiły... aż sięgaliśmy wstecz życia i w głąb duszy, docierając nie wiadomo kiedy do tematów mocno różnych... często pozamykanych na cztery spusty niepamięci...

Klientki prawie nigdy nie były jedynie moimi klientkami, śmiejąc się, że przychodzą do mnie jak na kozetkę.
Może dlatego były w stanie spędzać u mnie dużo czasu.

Zresztą mam taką cechę, że zawsze widzę najpierw człowieka.
Potem dopiero dochodzą wszelkie etykietki, które mają dla mnie znaczenie jedynie w kwestii doboru rozwiązania.
Kolor skóry jest dla mnie ważny przy wyborze podkładu, wiek przy doborze kosmetyków do pielęgnacji, płeć, orientacja, wiara mają znaczenie, jeśli są wytycznymi potrzebnymi do doboru stylizacji na przykład...

Najbardziej liczy się dla mnie sam człowiek.
Ten prawdziwy, który siedzi w środku tego wszystkiego.

Wszyscy Ci ludzie, wszystkie ich historie, są obecnie częścią mnie.
Czy wszystkie pamiętam...?
Pewnie nie wszystkie, ale wiele.
Niemniej nie o pamięć chodzi, a o to, co do mojego życia wniosły i jak mnie ukształtowały.
Bo tak, kształtujemy się nawzajem nieustannie...

Każda historia to cegiełka budująca moje zrozumienie świata.
Poznając je, poznaję świat.
Uczymy się na błędach, głównie własnych.
Ale możemy uczyć się też na cudzych.
Nie znaczy to, że błędów nie popełnimy, ale będziemy mieli większą wiedzę i więcej możliwości wyboru...

Każda historia jest inspiracją.
Każdy człowiek jest inspiracją.
Nie tylko ludzie ze świecznika, czy z wysokim wykształceniem...
Nie tylko autorytety...

Każdy człowiek.
Absolutnie każdy.
Bo każdy człowiek to życie.
Jedyne i niepowtarzalne.

Z każdą historią rosło również moje zrozumienie, że nic nie jest czarne albo białe.
Wszędzie jest pełno odcieni i nie jest to jedynie szarość.
Do tego każdy ma swój niepowtarzalny fason, materiał, fakturę...

Życie każdy kroi na swoją miarę.
I je nosi.
Sam.

Żadna kreacja innego krawca nie będzie idealna.
Nawet stworzona z najlepszego materiału, z najlepszą wiedzą i intencją.
Nie będzie pasować i już.

Nie za bardzo jest więc sens gonić innych z nożyczkami i igłą, bo możemy jedynie zepsuć miarę idealną, a do tego zaplątać się w nasze własne, nie podszyte nitki. Takie, którymi realnie powinniśmy się zajmować.

Zamiast wprowadzać poprawki i krzyczeć jaki fason jest jedynym słusznym w sezonie, pobawmy się w pokaz haute couture i wyjdźmy na wybieg życia z odwagą pokazując naszą niepowtarzalną, idealnie leżącą kreację, uszytą z nici naszych doświadczeń.

Niech będzie najpiękniejszą inspiracją.
I podziwiajmy innych z zachwytem.

Pozwólmy sobie być inspiracją i pozwólmy się inspirować.

Jestem ogromnie wdzięczna za wszystkie powierzone mi historie...
Ogromnie wdzięczna, że mogę powierzać historię swoją...
Ogromnie wdzięczna za zaufanie działające w obie strony.

A więc... opowiedz mi swoją historię.
Ja opowiem Ci moją.

<3

 


Poniedziałek, Grudzień 7, 2020, 18:24 | 1 Komentarz »
Pisząc o świadomości, akceptacji, emocjach i zasadach, odnosiłam się do tej pory głównie do kreacji wizerunku...
Taka moja dziedzina zawodowa, taka relacja z kobietami najbliższa i w sumie głównie po kwestie pomocy w kreacji wizerunku, większość kobiet tutaj zagląda.

Sprzątam jednak przez ostatni rok ogólnie w życiu, w czym ten cały, zewnętrzny kocioł mi pomaga, choć czasem w związku z tym rzucam gromami i mięsem...
Odpada ode mnie nadal coraz więcej i przyznam, że nie zdawałam sobie sprawy ile udało mi sie nazbierać i nagromadzić w życiu wspomnień i przekonań różnych...
Przeglądam więc w szafkach i w głowie.
Tym razem bezlitośnie odkładając niektóre sprawy, wraz z wątpliwościami i chudnąc przy tym mentalnie w trybie pilnym.

Świadomości, akceptacji, emocji i zasad, czy każdego kolejnego aspektu, który wrzucę na blog, nie mogę odnieść już jedynie do kreacji wizerunku.
To wszystko jest kwestią istoty ludzkiej i jeśli istnieje w niej, to istnieje w każdej jej części. 
Zresztą wizerunek spójny, realny, autentyczny, to wyraz naszej istoty, który widać na zewnątrz... Nie ma innej drogi.
Można oszukać, jasne, ale już nie długo...
I w ogóle po co?

Nie dość już zakłamania...?

Dziś na warsztacie mojej klawiatury zagościła ODPOWIEDZIALNOŚĆ.
Zapewne w kwestii kreowania wizerunku, odniosłabym się do tego, że nawet przy korzystaniu z wszelkiego doradztwa stylizacyjnego, czy makijażowego, ostateczna decyzja należy jedynie do nas i ponosimy wszelkie jej konsekwencje.
W skrócie - nawet jeśli usłyszysz od eksperta, że w czerwonej pomadce wyglądasz obłędnie, to efekt końcowy jest wynikiem połączenia Twojego samopoczucia w pomalowanych na czerwono ustach i emocji jakie wywołuje w Tobie jej nałożenie.
Jeżeli w środku boisz się tak mocnego wyrazu, czy towarzyszą Ci wewnętrzne rozterki i niepewności z powodów różnych, a na codzień nie przepadasz za byciem w centrum uwagi, to nie pomogą nawet idealne połączenia kolorystyczne z Twoim typem urody, czy wyjątkowo idealny do czerwonej pomadki kształt ust.
Mimo, że będzie pięknie, to nie będzie pięknie...
A jeśli będzie to z Tobą niespójne, to będziesz najzwyczajniej nieszczęsliwa...
Że niby można być nieszczęśliwą z powodu pomadki...? pff...
Tak. Można.
Na nasze poczucie szczęścia, czy nieszczęścia składa się masa elementów, w tym ogromna jej część składająca się właśnie z tych rzeczy, które są jakby teoretycznie nieważne. 

ODPOWIEDZIALNOŚĆ więc dotyczy każdego wyboru, którego dokonujemy w życiu, nie tylko kwestii urzędowych, finasowych, odpowiedzialności za dzieci i masy grubych tematów.

Odpowiedzialność ponosisz za każde podjęte działania, bo wszystko co robisz ma wpływ na Ciebie i otoczenie. Każda akcja wywołuje reakcję.

I teraz najlepsze.
Ta cała ODPOWIEDZIALNOŚĆ jest nam zawsze pokazywana jako brzemię dorosłości, jakby niby nie istniała kiedy byliśmy dziećmi.
Jako ogromny ciężar, który rąbnie nam na łeb, kiedy tylko odbierzemy dowód osobisty, a potem kiedy pójdziemy do pracy, kiedy założymy rodzinę i tak na każdym etapie życia kolejna cegła.
Jesteśmy w sumie przygotowywani, że poziom odpowiedzialności w życiu prawdopodobnie nas na pewnym etapie przygniecie i najlepiej korzystać z jak największego wsparcia ekspertów w różnych dziedzinach, bo pewnie jednak sobie nie poradzimy...
I tak, krok po kroku, oddajemy swoje życie innym, pozwalając im decydować za nas...

Mamy wbudowany obraz dużej odpowiedzialności ponoszonej za duże decyzje.
Wyolbrzymiony obraz wielkości i ciężaru decyzji.
A przecież decyzje podejmujemy na każdym kroku, w każdej minucie, czy sekundzie i często podejmujemy je nieświadomie, nie zwracając uwagi na to, że proces właśnie się odbywa.

Boimy się podjąć decyzje, boimy się, że wybierzemy źle...
A źle, dobrze... to przecież nie istnieje.
Ale to znowu na inną notatkę.

ODPOWIEDZIALNOŚĆ jest piękna.
Bo niesie ze sobą nieocenioną wartość życia - WOLNOŚĆ.
Wolność wyboru, wolność od obwiniania innych, spokój w procesie dokonywania wyboru i spokój w rozwoju.
Zresztą wzięcie odpowiedzialności za siebie na siebie, właśnie na rozwój nam pozwala.
Ten świadomy rozwój. (Ale to też na inny wpis ;) )

W trakcie przeglądania wspomnień z pudeł poprzedniego mieszkania, znalazłam kartkę z kalendarza, która wisiała w ramce i niesie na sobie jeden z moich ulubionych cytatów.
On właśnie skierował dziś moje kroki mnie do klawiatury.
I niedługo dostanie nową ramkę, żeby zawisnąć na ścianie nowego domu.

zycie to raj dostojewski cytat milka giemza blog notatka

A przy okazji znalazłam wiele innych ciekawych rzeczy z poprzedniej epoki ;)
I coś Wam jeszcze pokażę :P
Tyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyle lat temu to było :D
I 2/3 brwi mniej :D

milka giemza wspomnienia poczatki

Piątek, Listopad 20, 2020, 08:03 | Brak komentarzy »
Jakiś czas temu, pod moimi drzwiami zawitała paczuszka z ofertą wchodzącej właśnie na rynek marki Boucle cosmetics.
Przyznam, że czekałam tupiąc nóżkami, aż będę mogła zobaczyć fizyczny efekt marzenia, o którym co nieco słyszałam już wcześniej.

Lubię poznawać marki od korzeni, od początku, od idei.
Lubię poznawać założycieli i słuchać ich marzeń, a potem patrzeć na proces realizacji.

Trzymanie w ręku kolejnego "dziecka" pod opieką i możliwość zabawy z nim, zawsze wprawia mnie w dobry nastrój.
Teraz więc słów kilka na temat tych cukierków.

Marka wyznaczyła sobie na cel kobietę nowoczesną, zdecydowaną, świadomą i żyjącą szybko.
Co za tym idzie produkt ma być konkretny, łatwy w użyciu i trwały. Przynajmniej tak idzie za powyższym celem moja logika. 
W ofercie znajdziecie kredki do oczu, eyeliner i maskarę.
Przynajmniej na razie.

W sumie oko i podkreślenie wyrazistości spojrzenia jest jednym z najważniejszych elementów makijazu większości kobiet, więc start jak najbardziej trafiony.

Set podstawowy, czyli kredka czarna, czarny eyeliner i maskara obecne, a do tego dziewięć kredek w kolorze, w dwóch liniach.

Kredki klasyczne:
boucle cosmetics kredki milka giemza blog
boucle cosmetics kredki milka giemza blog
Kredki holograficzne:
boucle cosmetics kredki milka giemza blog
boucle cosmetics kredki milka giemza blog
Eyeliner i maskara:
boucle cosmetics kredki milka giemza blog
 
boucle cosmetics kredki milka giemza blog
A tak wyglądają w zestawieniu:
boucle cosmetics kredki milka giemza blog

Kredki według obietnicy mają być miękkie i trwałe, eyeliner szybkoschnący, wodoodporny i intensywny, a maskara ma się nie rozmazywać, nie kruszyć i zapewniać dużą objętość za pierwszym pociągnięciem.

Przyznam, że nie miałam okazji przetestować ich na dużej ilości osób, ale jakby... hmm... sytuacja nie sprzyja...

Pierwsze wrażenie...
Po otwarciu paczki powitały mnie piękne, czarne opakowania z dodatkami w kolorze wyrazistej magenty, utrzymane konsekwentnie w całości wizerunku marki.
Każda kredka ma swoje osobne pudełeczko, a linia holograficzna dodatkowe oznaczenie w postaci dopiętych wstążeczek.
Wszystko wyraźnie opisane.

Kredki same w sobie wyglądają solidnie i elegancko.
Czerń, brąz i zieleń są idealnym, dobrze kryjącym matem. Szarość i niebieski z linii klasycznej lekko się mienią.
Kolory kredek holograficznych trzeba zobaczyć na żywo, bo zdjęcie nie oddaje ich uroku. Mienią się bardzo ciekawie, przechodząc w drugi ton.
Glow star, glossy green i magic black kupiły mnie całą sobą. Zwłaszcza ta pierwsza.

A teraz, co chyba najważniejsze, malują się jak masełko.
Obietnicę konsystencji potwierdzam.
Kolor pięknie zostaje na skórze, żadnego szarpania naskórka, czy problemów z rozprowadzeniem. I w drugą stronę też pięknie, bo warstwa jest jednolita i cienka, bez grudek itp.
Konsystencja wyważona super.
Nie zastygają w suchą warstwę, nie zostawiają filmu, ładnie pracują na skórze.
Dobrze się też rozcierają, więc będą fają podstawą makijażu, również smoky, a kredi holograficzne świetnie grają ze wszelkimi błyszczącymi cieniami jako baza.
I w składzie na dzień dobry mamy olejek rycynowy ;)

Eyeliner przy nakładaniu pracuje dobrze, zastyga w matowym wykończeniu.
Aplikator jest w formie wąskiej, elastcznej gąbeczki.
Ogólnie bardzo ok.
Jak dla mnie, na codzień super, do pracy trochę mi mało, ale w kwestii eyelinerów mam dość mocne preferencje osobiste i wymagania.
W kwestii trwałości, to zdecydowanie daje radę.
Dodatkowe testy ekstremalne przeprowadziła z nim moja córka.
Był wszędzie. Domyć nie było łatwo ;)

Maskara ma ciekawą, silikonową szczoteczkę.
Z jednej strony ma krótkie wypustki, z drugiej dłuższe, ułożone w łagodnym, obłym kształcie.
Dzięki temu możecie wyłapać i pokryć maskarą nawet najdrobniejsze rzęski, co ma też ogromne znaczenie przy rzęsach dolnej powieki, a przede wszystkim zapewnia pokrycie rzęsy dokładnie od samej nasady i widocznie ją wydłuża. 
Dłuższe wypustki dokładnie rozdzielą rzęsy i rozprowadzą maskarę po same końce, budując długość z drugiej strony, a ich łagodny profil dodatkowo je podkręci.
Polecam więc jedno pociągnięcie jedną i jedno pociągnięcie drugą stroną szczotki. Albo więcej, bo efekt przyjemnie się nią buduje.
W noszeniu pracuje ładnie i rzeczywiście się nie kruszy. Zdarzyło mi się w niej popłakać, więc też mogę stwierdzić, że spokojnie wytrzymuje.

Ogólnie cała marka jest dla mnie na ogromny plus.
Czekam teraz na jakieś jadowite kolory na wiosnę/lato, żeby poprawić sobie listopadowo pandemiczny nastrój.

Tyle koloru na dziś.
Ściskam Was mocno,

milka



Wtorek, Sierpień 25, 2020, 13:52 | Brak komentarzy »

No to tak...
Joanna Koroniewska, uznana za „za starą" na pokazywanie się soute... lat 42.

Dalej więc poszukajmy...
Agnieszka Maciąg, zapewne też mogłaby być posądzona lub skrytykowana za powyższe... lat 51.
Monika Pryśko (tekstualna.pl), lat 33, młoda, piękna kobieta, która już nie raz musiała się zmierzyć z falą krytyki w stylu umaluj się, bo pokazywanie się soute, to brak szacunku do czytelnika... (A jak ona pięknie pisze miodem na serce...)
To tylko tak na szybko wpadło mi do głowy w pierwszej kolejności...

Gwen Stefani przekroczyła już 50-tkę i chyba ktoś tego nie zauważył, skoro jeszcze nie wylano na nią jadu za np. niestosowny ubiór... i matką jest przecież, a w jej wieku w Polsce, to i może babcią by była... hmm...
Obok można postawić Jennifer Lopez z podobnymi zarzutami, no ale przepraszam, zapomniałam, one się malują, więc przynajmniej nie pokazują się oficjalnie soute...
A, no i to przecież w Ameryce, to tam można, bo to inaczej.

Zapewne Dorocie Wellman nie raz się oberwało za gabaryt, jak i innym kobietom poza rozmiarem xs...

Teksty wobec ludzi wytatuowanych można by zebrać w pokaźną księgę, krytyczne komentarze wobec dredów wkułam już chyba na pamięć bardziej niż tabliczkę mnożenia, słysząc je nieustannie...
A to przecież dopiero początek wszelkich inności...

Ciągle słyszymy, że jesteśmy „nie takie".
Za chude, za grube, za stare, za młode, za ładne, za brzydkie, za bardzo jakieś, za mało jakieś...
I jak pada pytanie, to jakie mamy być? To odpowiedź padnie „nie takie" właśnie.

Już nawet kiedyś usłyszałam, że trampek Conversa nie powinno się nosić po 30-tce, bo nie wypada.
Nosz kurwa!

I jeszcze dobra, masz ten jad, toczy się w Twoich żyłach zamiast krwi, ale weź go wylej z potem na siłowni, albo zmywając naczynia...
Albo pobiegaj...

Co Ci przeszkadza wygląd kogoś innego...?
Jak ktoś wyglądem robi Ci krzywdę?
Nie robi.
Nie podoba się, wzbudza w Tobie dziwne emocje?
To nie patrz po prostu.
I kropka.
Wiesz, że to wystarczy?
A może po prostu nikt nie powiedział Ci o takiej opcji...?

Może nikt Ci nie powiedział, że masz prawo żyć własnym życiem i inni mają dokładnie takie samo prawo?
I mają pełne prawo nie pasować do Twojego wizerunku świata...?
A Ty możesz po prostu zamiast patrzeć na nich, spojrzeć w lustro...?

Aaaaaa... i tu Cię mam!

Patrzysz na innych i chcesz ich dopasować do swojej wizji świata, do powinności, których zostałeś nauczony, do ramek, w których zostałeś wychowany, bo nie chcesz popatrzeć w to lustro.

Nie chcesz patrzeć na siebie, bo sam się sobie nie podobasz.
Bo cierpisz, że nie żyjesz życiem, którym chcesz żyć, więc innym też nie pozwolisz.
Tak, jak zapewne Tobie nie pozwalano.
Wylewasz na innych jad, który zebrał się w Tobie nie przez ludzi, których karasz swoim hejtem.
To jad, który zebrał się w Tobie, bo nie pozwalano Ci być sobą i żyć po swojemu.
A Ty nie wiedziałeś, że można inaczej.
Nie dowiedziałeś się, że życie jest i bywa różne i to jest w porządku.
Nie dowiedziałeś się, że można mieć różne poglądy poza właściwymi dla partii.
Nie dowiedziałeś się, że można wyglądać inaczej i być świetnym człowiekiem niezależnie od jakichkolwiek cech zewnętrznych.
Nie dowiedziałeś się, że masz prawo się sprzeciwić wychowaniu i żyć po swojemu.

A teraz, to szambo wywala, bo ileż można je w sobie dusić?!
I niech wywali!
Pozbądź się tego!
Puść to wreszcie, ale nie na innych, a w jakiś w miarę konstruktywny sposób.

Kiedyś moja koleżanka rzekła, że my nie byliśmy wychowywani, a chowani.
Jak zwierzęta trochę.
W określonych ramach, zachowaniach, wyglądzie i w pełnym podporządkowaniu.
Trochę w tym racji.

Nikt nam nie mówił, jakie mamy prawa, że w ogóle mamy jakieś prawa.
My mieliśmy obowiązki.
Mieliśmy być grzeczni.
Mieliśmy być odpowiedzialni.
Tylko ta odpowiedzialność nie była realną odpowiedzialnością, a kluczem do naszej grzeczności i życia jak się powinno. Według innych oczywiście.

A potem zostaliśmy z tego systemu wypuszczeni w świat, którego nam nie pokazano tak naprawdę, którego nie znaliśmy, którego trzeba było się nauczyć jednak samemu, a nie przypominał zupełnie tej teorii, którą nam wpajano.
I co bardziej zbuntowany i wyłamany społecznie, ten sobie lepiej poradził.
A ten dociskany wystarczająco mocno, zamknął się w sobie i jad trawił jego wnętrza.
I próbował dopasować wszystkich wkoło i ten świat do znanej sobie teorii, ale nie wychodziło...
Próbował dopasować siebie jakoś do świata, ale też nie szło...
Przypłacił to depresjami, nerwicami, bólem i rosnącą nienawiścią...
Tym większą im więcej widział ludzi szczęśliwie żyjących własnym życiem...
Są oczywiście i tacy, którym udaje się wybalansować to wpajane życie między teorią a praktyką, ale tam w środku jest prawda, która będzie męczyć...

Jak teraz macie zamiar się czepiać, że to wina rodziców, to po części tak, ale oni chcieli dobrze.
Przekazywali dzieciom to, czego sami zostali nauczeni, też zapewne w dobrej wierze...
Przerwanie tego łańcucha łatwe nie jest, ale to już nie na dziś.

Dziś pomyślcie o tym, że jeśli są w kimś pokłady jadu, to jest on bardzo nieszczęśliwym w środku człowiekiem i zapewne jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy...

To trudna sytuacja spotkać kogoś takiego na swojej drodze, bo jeśli następuje atak, to odwrócenie wzroku już nie wystarcza.

Atak trzeba zatrzymać, ale atakiem nie odpowiadać.
Dlatego tak ważne są nasze granice, stawiane świadomie.
Dlatego tak ważne jest ich pilnowanie i spokojna, bez ataku, informacja zwrotna.
Czasem przechodzi się przez błoto emocji i niezrozumienia, czy chęć wytłumaczenia i pokazania swojej prawdy, ale czasem to nie wystarcza.
Wtedy trzymaj swoje granice i nie rób nic więcej. Ewentualnie odejdź.

Każdy zrozumie w swoim czasie. Albo nie zrozumie nigdy.
Też ma prawo.
Tak jak Ty masz prawo nie rozumieć jego drogi.

A jeśli widzisz w sobie to nieszczęście, czujesz jak coś zżera Cię od środka...
To proszę...
Nie atakuj.
Popatrz na to, na siebie, w lustro...

Zatrzymaj się.
Proszę.
To będzie ogromny krok dla Ciebie i innych.


Wtorek, Sierpień 11, 2020, 21:41 | Brak komentarzy »
To zupełnie jak z poszukiwaniem szczęścia.
Dla każdego oznacza co innego.

Ale pobawmy się i w to.

Żeby znaleźć swój styl, musisz* najpierw określić jaki on dla Ciebie jest lub czym jest.

I ten etap jest chyba najciekawszy, bo żeby to zrobić, znowu musisz się przyjrzeć sobie i udać na poszukiwania swojej realnej prawdy.

A jak już to wszystko odkryjesz, to musisz podjąć decyzje, co do wyboru tego stylu i wyboru rzeczy, które będą wg niego dla Ciebie dobre.

Twój styl, to indywidualna dla Ciebie ścieżka wyrazu.
Ciężko więc będzie wybrać go jedynie na podstawie określenia typu kolorystycznego i kształtu figury, a następnie wybrać co pasuje, czyli „służy" wizualnie.
Jeśli ma być indywidualnie i szczerze, to niestety musisz włożyć w to odrobinę wysiłku.

Ok. Załóżmy, że wszystko powyższe masz już za sobą.
Uff.
Ogarnęłaś!
Doinformowałaś się, znalazłaś, wybrałaś i jest!
Masz go!

I jak?
Nie jest jakoś za mało?

Nie okazało się przypadkiem, po tym wszystkim, że jednak jakiś inny styl też jest fajny...?
Albo, że ukradkiem zdradzasz ten swój wybrany, po cichaczu, bo jakiś inny styl trochę czujesz, nawet jak jest mocno teoretycznie nie dla Ciebie...?
U mnie troszkę tak było... 

Kiedy zaczynałam się szkolić jako wizażysta-stylista, gniotło mnie gdzieś pod żebrem pytanie, jak ja mam dogrywać styl innych ludzi, skoro im więcej wiem w temacie, tym bardziej mój własny styl mogę określić jedynie jako eklektyczny?
Czyli ten totalnie pomieszany, który wielu stylistów określa jako brak stylu.

Przyznam się Wam w tym momencie, że mimo rozwijania ścieżki stylizacyjnej, zaprzestałam na jakiś czas pracy w tej dziedzinie.

Właśnie z powodu powyższych, męczących mnie wątpliwości.
Skupiłam się na poszukiwaniu i dogrywaniu mojego własnego stylu, bo ciągle wydawało mi się niezbyt profesjonalnym ubierać innych, bez określenia siebie.

Jak już coś znalazłam i dopasowałam, to skoki w bok leciały jeden za drugim, niczym w kiepawym związku... Zmęczona takim trwaniem w niezdecydowaniu, szukałam innej alternatywy, aż dograłam coś nowego. A po jakimś czasie schemat powtarzał się po raz kolejny... i kolejny... i kolejny...
Aż pomyślałam, że chyba nie nadaję się do tej roboty.

To był również czas, kiedy zawiesiłam działania z analizą kolorystyczną, stosując ją jedynie na potrzeby makijażu, bo analiza w podziale na cztery typy urody nie grała nigdy z moimi odczuciami.

Postanowiłam więc skupić się na makijażu, ale to wszystko kipiało jak wrzątek w czajniku, bo żaden element bez całości nie był dla mnie wystarczający.
Malując twarz nie potrafiłam nie patrzeć na ogół kobiety, która do mnie przyszła.

Tak jak nie potrafiłam nadal dograć swojego wizerunku...

Trochę ta cała zabawa trwała.

W międzyczasie dużo pracowałam, nadal się szkoliłam, poznawałam mnóstwo ludzi, mnóstwo produktów... i wreszcie wykipiało!

Zmęczenie i brak czasu zrobiły też swoje, bo przez nie potrzebowałam po prostu szybkich i wygodnych rozwiązań.

Skupiłam się więc jedynie na czuciu (siebie) i wygodzie.

Mniej wybierałam i analizowałam, bardziej dawałam upust swoim fanaberiom i intuicji.
Zupełnie jak kiedyś, kiedy to właśnie ta zabawa spowodowała moje zainteresowanie stylizacją i popchnęła na odpowiednie ścieżki.

I to było to!

Poczucie swobody, radości i luzu, dzięki którym czułam się ze sobą wygodnie.
Niestandardowe łączenia stylizacyjne i kolorystyczne, dobieranie ubrań względem humoru, zmienianie się każdego dnia, czy co jakiś czas w wyglądzie diametralnie.

Ależ mi z tym było dobrze.

I to właśnie był mój styl.
I jest nadal.

Lubię być tym kameleonem, totalnie nieprzewidywalnym do ostatniej chwili, nawet dla siebie.
To właśnie jest skrojone na moją miarę.

Kiedy wreszcie to do mnie dotarło, wróciłam też ze stylizacją i analizą kolorystyczną (12-sto stopniową) do działań zawodowych.

Zaakceptowałam, że w moim wypadku te wieczne zdrady stylizacyjne są kluczem.
To właśnie mnie tworzy, a bezpieczne ramy ewidentnie mi nie pasują.

I dzięki temu jeszcze szerzej zaczęłam patrzeć na kobiety.
Aż lista czynników, które obecnie biorę pod uwagę w stylizacji, wydłużyła się bardzo.
Porównania mi brak.

Lubię widzieć szerokim kątem ;)

A więc akceptacja, że mój styl to brak jednego stylu albo wszystkie naraz, dała mi mnóstwo spokoju i wolności w wyrażaniu siebie i nowe pokłady zrozumienia innych kobiet zarówno zawodowo, jak i prywatnie, po ludzku.

Dlatego właśnie tak bardzo drążę w kobietach patrzenie w lustro, patrzenie na siebie.
Widzenie siebie.
Poznanie.
Świadomość.
Akceptację.

Dlatego staram się odwrócić to standardowe spojrzenie.
Odrzucać sztywne etykietki. Dobierać na wymiar.
Bo wszystko zaczyna się od nas i wychodzi na zewnątrz.
Bo nic z zewnątrz nie sprawdzi się uniwersalnie dla każdego.

W poszukiwaniu swojego stylu akceptacja jest bardzo ważna.
Akceptacja tego, że możesz nie wpasować się w jeden wybrany.
Tego, że Twój styl może okazać się na tyle indywidualny, że ciężko będzie dobrać do niego jedno określenie albo, że pasujące określenia mogą pozornie się wykluczać.
Tego, że możesz skakać w kilku stylach w zależności od różnych czynników.
Tego, że możesz dopasować się w jedną, wbraną ramkę i z radością, niezmiennie przez lata w niej trwać.
Tego, że zmieniasz się i Twój styl będzie zmieniał się nieustannie razem z Tobą.
Tego, że to wszystko jest w porządku.

Bo ma Ci być ze sobą wygodnie.

Fasony, kolory i cała stylizacja to świetne narzędzia, ale same narzędzia nic nie zdziałają.
Liczy się ten, kto trzyma je w ręku.**
Czyli Ty.


*musisz – nic nie musisz. Możesz, ale nie musisz. Jednak w całym wydźwięku myśli, to słowo pasowało idealnie, odrobinę zaciągając zamierzoną ironią.
** Nie mówię tu o ekspertach, bo oni mają Cię nauczyć jak narzędzi używać, a nie wiecznie sprzedawać Ci kolejne, które odłożysz na półkę. Miecz Cię nie ochroni samą obecnością, musisz wiedzieć jak nim walczyć.


Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem