Piątek, Październik 15, 2021, 15:08 | Brak komentarzy »
Czasem zwykły wypad do biedry potrafi zafundować podróż w czasie.

Moja tym razem zasmakowała otulającym słońcem północy Włoch, okraszona lekko wirującym bąbelkami orzeźwieniem o wyważonej słodyczy.
Jesienny powiew ustąpił na kilka chwil odczuciom pełni lata, radości, młodości...
Jako nastolatka miałam szczęście zwiedzić trochę słonecznej Italii... m.in. Asti, jego rejony oraz otaczające winnice...
Ależ tam jest pięknie...
Powiedzieć, że się zakochałam to mało, a wracać do Włoch mogłabym nieustannie...
Miałam również okazję spróbować tamtejszych win, w tym moscato... które długo wspominałam, nie mając przez lata okazji spróbowania go ponownie...


Któż by pomyślał, że wpadając jak bomba do dyskontu, trafię na butelkę ze znajomym napisem, czym otworzę sobie w głowie wrota do historii, które trochę zakopałam...

Kolejny raz zapadka zaskoczyła...
bo przecież zakopałam wspomnienia, które ewidentnie wywołują na mojej twarzy uśmiech, dodają skrzydeł i niosą serce wysoką falą...

Siedząc sobie w tej codzienności dwuletniej ostatniej, przewalając cegły i różne takie, wrota wielu wspomnień puściły swoje zamki...
Kiedy głowa nie była zajęta ciągłym ogarnianiem świata zewnętrznego, na koszt świata najbliższego, a ciało mogło docisnąć fizyczne czucie, myśli zaczęły płynąć przeze mnie jak przez sito...

Przeszłość jest piękną kopalnią wspomnień do zwiedzania.
Oczywiście, ma swoje różne zakamarki, w których nie warto utknąć na zbyt długo, jednak takie spacery to podróż niesamowita.

Uczestnicząc w biegu świata zewnętrznego łatwo pogubić swoje części, nie zdając sobie zupełnie sprawy, że odpadły...
W zatrzymaniu, nasz świat widać wokół nas jak gwiaździste niebo nocą, gdzie każda kosmiczna błyskotka jest pinezką naszych wspomnień...
Wystarczy sięgnąć po tą gwiazdkę z nieba i zobaczyć co nam pokaże...

W biegu trzymamy w garści tylko tyle ile trzeba mieć koniecznie, bo zbyt wiele nie uniesiemy...
Nasz nieboskłon przyjmuje w spokojną opiekę absolutnie wszystko...

Wspomnienia moich podróży są całkiem obszerną teczką, ale dopiero perspektywa spojrzenia wstecz spokojnie, pozwoliła mi to zauważyć.
Takich obszernych teczek, jak się okazało, mam całkiem sporo...

I wreszcie spojrzałam na to, jak moje życie jest niesamowite i jak bogate zawsze było.
Choć wspomnień na ciemnych kartach, które nie pachną fiołkami mam również pokaźne katalogi...
Jednak ten węgiel to też moje bogactwo... w końcu mam z czego rodzić swój diament.

Po latach biegu, mogłam wreszcie spojrzeć ile tych wspomnień jest...
Uczciwie i spokojnie popatrzeć na siebie...
I dopuścić wreszcie do istnienia w sobie, wspomnienia miłe i ciepłe... te, które skutecznie pozamykałam, bo w biegu świata były zbędnym obciążeniem...
Nieźle co...?

Wydawało mi się, że wszystko pamiętam, a jednak okazało się jak mało pamiętam... tzn. jak mało trzymam w pamięci podręcznej, a jak wielkie biblioteki wspomnień urosły we mnie w międzyczasie.

Są piękne, pokaźne, bogate...
Mam teraz co czytać, oglądać, przeżywać jeszcze raz...
Mogę poznawać i odkrywać siebie na nowo...

Spojrzenie wstecz na swoje drogi jest niesamowicie wciągające i niesamowicie wymagające jednocześnie...
Niektóre elementy mojej przeszłości, to wyjątkowo zawiły film, o wielopoziomowej fabule...
Czasem stwarzający wrażenie naciąganego po bandzie, a jednak w pełni realny...
Czasem liryka, czasem epika, czasem dramat...
Czasem komedia, czasem tragedia...

Na pewno wypełniony po brzegi.
Żadnego lania wody.

Przeszłości nie ma co nieść ze sobą, ale nie ma też po co jej zamykać.
Nie warto w niej tkwić, ale warto wracać po potrzebne materiały do nauki.

Warto patrzeć na siebie i swoją drogę.
Warto widzieć proces i zmianę.
Warto wspominać.

Korzystajcie ze swoich bibliotek z ciekawością.
Smacznego.

LuV U
milka

milka giemza wspomniania


Niedziela, Październik 10, 2021, 10:09 | Brak komentarzy »
"- Mam balonik.
 - A ja najnowszy samochód.
 I wielki dom i masę ciuchów.
 - A masz balonik...?
 - Nie.
 - To już masz."

Dzień dobry Piękna Istoto, 

mam nadzieję, że dobrze mijał Ci czas od naszego ostatniego spotkania...

Czerwiec.
Bardzo go lubię.

Sama nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że to najbardziej pozytywny miesiąc w roku.
Może dlatego, że zaczyna go Dzień Dziecka, a właśnie z dziećmi kojarzy mi się najbardziej radość. I kolory.
A w tej radości przecież, są właśnie kolory wszystkie...
Przeplatają się w nieustannym tańcu o różnym rytmie...
i niezależnie od mieszanki nut, zawsze w sercu pojawia się ciepły uśmiech...

Dzieci wiedzą jak żyć.
Tak po prostu wiedzą.
Wiedzą pięknie.

Cieszą się z byle czego, zachwycają nieustannie najmniejszymi elementami świata, wszędzie widzą światy cudowne i choćby istniały jedynie w ich głowach, to są dla nich jak najbardziej realne...

Dzieci.
Mali Twórcy.

Jedyne Istoty, potrafiące zrobić zupę z błota i sałatkę z trawy, które jako najlepszy obiad na świecie, nakarmi ich w pełni...
Potrafiące płynąć tratwą na tafli betonowych alejek, niczym na falach oceanów...
Zawierające największe przyjaźnie z ptakami, mrówkami i ślimakami...
Czytające najnowsze newsy od świata, prosto z sunących po niebie obłoków...
Słyszące najpiękniejsze melodie w podmuchach wiatru...
Wstające na nogi, niezależnie od ilości i siły upadków...

Podziwiam dzieci.
W każdym ich ruchu.

Ucząc się od nich stawiania ponownie pierwszysch kroków...
Ucząc się zachwytów, otwierających na świat...
Ucząc się wdzięczności za istnienie każde i jakiekolwiek...
Ucząc się prawdy emocji i pełni ich wyrażania...
Ucząc się śmiania do rozpuku i płaczu do braku tchu...

Ucząc się mówienia NIE, tupania nóżką i przywracając dzięki temu swoją wartość...
Ucząc się widzenia świata niewidzialnego dla oka i tworzenia własnego świata, nieistniejącego dla nikogo innego...
Ucząc się przyjmowania i łaknienia prezentów pod każdą postacią, "bo tak"...

Bo gdzieś, po drodze życia, ktoś powiedział mi, że muszę już dorosnąć... chociaż w sumie, chyba nie do końca wiedziałam, co to znaczy...
I mówiąc szczere, to do końca nie wiem nadal...

Wiem tylko, że newsy czyta się w gazetach, muzyki słucha w głośnikach i najlepiej takiej dobranej do okazji, a i nie za głośno...
Kiedy coś zachwyca, to łapie się krótki oddech i grzecznie mówi "dziękuję"...
Kiedy czuje się radość, to uśmiecha się szeroko i najlepiej "z ząbkami", czasem wydając z siebie drobne "haha"...
a kiedy czuje się smutek, to najlepiej przełknąć go ze śliną i ewentualnie później wypłakać w poduszkę, bo lepiej, żeby nikt nie widział...
Odmawia się spokojnie i delikatnie, równie delikatnie argumentując swoją odmowę, żeby nikomu nie sprawić przykrości, a jak argumentów brak, to się nie odmawia, bo przecież nie ma powodu...

Wiem, że światy realne to tylko takie, które widać gołym okiem, a najbardziej realne to te, których da się dotknąć...
A te wszystkie dźwięki i głosy, to coś nie fajnego jednak i lepiej je ignorować...
I wiem już też, że na prezenty się spokojnie, cicho czeka, bo są okazje, kiedy ma się je dostać i to zależy od innych ludzi, w sensie tych, którzy mają nam je dać...

Ta dorosłość taka jest poukładana i ładna...
i miła nawet trochę...

Tylko mało w niej jakby kolorów, jak dla mnie...
I wszystko takie równe jest, choć nie do końca umiem określić, co to równe dla mnie znaczy...

O! I cekinów nie ma! I tiulu!
Nawet takich równych... i nawet nie różowych...

I mawiają, że to naturalna kolej rzeczy...
że taka jest człowieka droga...
że każdy dorasta, a jak nie dorasta, to nikt inny go nie chce...

Tak jest podobno.
Wiem, bo ktoś mi powiedział.
I to ktoś dorosły i ważny.
Więc pewnie miał rację.

Ale ja lubię te tiule i cekiny...
i różowy...
i niebieski, zielony, żółty, pomarańczowy...
i czerwony też lubię...
i fioletowy...

I ciężko mi się zdecydować na jeden kolor, żeby było choć trochę równo...

I brakuje mi ciastek, lodów i baloników... ot tak!
Brakuje mi muzyki wiatru i przyjaciół, co mieszkają w trawie...
Biegania boso mi brakuje...
I gadania do ptaków...

I tak sobie myślę, że nie pasuję trochę do tej dorosłości...
że chyba nie umiem w nią jednak...

I jak sobie o tym myślę, to trochę mi smutno nawet, ale nadal smutku po prostu przełknąć nie umiem...
W szkole orłem nie byłam, jak to się mawia i chyba w dorosłość też mi nie idzie jakoś...

I chyba właśnie dlatego tak lubię ten czerwiec...

Bo mi przypomina, że wszystkiego umieć nie muszę, bo w nim i szkoła się kończy...
Bo przynosi mi niebieskie niebo i puchate chmuru do oglądania...
Bo zieleń drzew jest wyjątkowo w czerwcu soczysta...
Bo słońce mocno tuli, a ciepło ziemi prosi o zrzucenie butów...
Bo trawa staje się metropolią dla małych przyjaciół, a ptaki gadają od świtu do nocy...
I wiatr szumi różne historie, jeśli tylko chce się ich posłuchać...

I jakbym zapomniała w codzienności o radości, to czerwiec całym sobą przypomina mi, że dorosłość jest przereklamowana...
że równość ma inne płaszczyzny, niż ułożenie wszystkiego pod jedną linijkę...
że nie każdy dorosły jest taki mądry...
i że czasem wiele mądrzejszych głosów, mam w swojej głowie...

A! i że świat mogę widzieć jaki chcę i gdzie chcę!
Bo jest mój.
I mogę go sobie nawet zrobić.
I zrobię!
I Ty też zrób! Sobie swój!

I w niebo popatrz.
I wiatru posłuchaj.
I ciastko zjedz.

I daj komuś buziaka bez powodu.
Albo w tyłek kopnij, jeśli trzeba.

I wiesz co?
Dziś mam do Ciebie prośbę...

Dziś.
Najpierw.
Przede wszystki.

ZRÓB SOBIE PREZENT!
Bez okazji i bez powodu.

I ja też sobie zrobię.
Bo mogę.
Bo tak.

I będę się tym zachwycać.
I Ty też się zachwycaj.


Ściskam Cię mocno...
milka

milka giemza oldletter czerwiec

Czwartek, Wrzesień 30, 2021, 06:13 | Brak komentarzy »
Litry mocnej kawy i kilometry zdań...

Na spacer z "Czułą Przewodniczką" wybrała się około dwudziestoletnia ja, która to potrzebowała sobie przypomnieć, że skoro już jest dorosła, to ma pełne prawo ułożyć sobie wszystko w swojej głowie po swojemu, bo idzie przez świat już ewidentnie beż żadnego prowadzenia i żadnego backupu. Wielu części siebie może więc na swoją odpowiedzialność i wręcz z ogromnej potrzeby, zacząć słuchać, a przede wszystkim je w sobie scalać, a nie wypierać, bo podobno głupio prowadzić dialogi we własnej głowie.

Z "Nieposkromioną" spotkałam się ja obecna.

Zdecydowanie więc na kawę, a nie spacer.

Prolog mnie zamiótł.
Celnością.

Zasunął strzałem między oczy i zostawił sieczkę zamiast mózgu.
Niby krótka, niepozorna historia jakich wiele, ale z zupełnie innej perspektywy i z pięknym wnioskiem.

Po 30-tu stronach czytania miałam wrażenie, że minęło dosłownie pięć minut. Czułam treść całą sobą i przenikała mnie na wskroś kolejnymi zdaniami...
Jak to wszystko jest mi w pełni zrozumiałe i bliskie...
I choć nie mogę dosłownie utożsamiać się z autorką, bo doświadczenia mamy różne, to te mechanizmy... ten schemat świata... te bodźce, reakcje, odczucia...
Wszystko tak bardzo znam, czuję i rozumiem...

Chciałam chłonąć wszystko od razu, już, natychmiast. Jak dosłownie popijając zajebistą kawę podczas rozmowy z zajebistym człowiekiem. Podczas wymiany zdań, historii i wniosków, na poziomie galopu, z pełnym zrozumieniem po drugiej stronie, raz śmiejąc się w głos, raz płacząc, na chwilkę milknąc, żeby za moment znowu przegadywać się nawzajem, jednocześnie mówiąc praktycznie jednym głosem.

Po „Ukłuciach" potrzebowałam się jednak na chwilę zatrzymać.
Nie potrafiłam czytać dalej, dopóki ten rozdział we mnie nie wybrzmiał...

W taki sposób czytałam "Nieposkromioną" do końca.
Niby w dość lekki sposób przekazywane historie, zgrabnie podzielone partiami, ale głębokie na tyle, że czasem oddechu brak...

Zamieniłam intensywną kawę na długie listy pełne treści, które zostawiają więcej przestrzeni na trawienie w sercu. I które bez tej kawy na początku by nie przeszły... przy takiej intensywności, najpierw trzeba poczuć pewną bliskość...

Mniej więcej w 1/3 czytałam z ołówkiem w ręku...
Tam jest tyle celnych myśli do przekazania, choćby na wyrywki...
Chciałam mieć je pod ręką, żeby dalej puszczać w świat...
Po zaledwie kilku rozdziałach wymiękłam.
Potrzebowałam najpierw w pełni chłonąć.
Notatki i przekazywanie światu, później.
W rundzie drugiej lub kolejnej, bo czuję, że wrócę.

Glennon Doyle jest do bólu prawdziwa i do bólu szczera.
Głupio tak stwierdzić po jednej książce, nie znając autora osobiście...?
Może.

Ale ona widzi.
I ja widzę to, co ona widzi.

Przekazuje to spojrzenie spójnie do tego stopnia, że nie ma miejsca na znaki zapytania.
A przynajmniej nie w niej, bo jest wiele, które na bieżąco możesz kierować w swoją stronę.

Nie obchodzi mnie, czy wystarczająco dokładnie i bez pominięcia żadnego szczegółu opowiedziała o swoim życiu. Wyciągnęła w ten tekst wystarczająco wiele, żeby podać swojego życia esencję.
Przynajmniej tego etapu.

Jest bezkompromisowa, ale to nie jest brak kompromisu lecącej pełnym pędem kuli, ale brak kompromisu wynikający z pełnej świadomości siebie.
Ona po prostu JEST.
Stała się.
A tego właśnie się nie podważa.
I to jest PIĘKNE.

Tworzy swoją świadomą przestrzeń, w której jest miejsce na wszystko.
Na wszystkie emocje, przypadki, kolejne historie, warianty życia, na potyczki i powstawanie.
Na obserwowanie i działanie. Na pełne wsparcie mentalne i realne.
I na masę niedoskonałości, które tą przestrzeń najpiękniej dopełniają.

I drąży tematy niewygodne dla świata.
Żyje niewygodnie dla świata.
Mówi głośno, a czytając ten głos słyszysz.
Obiera ze wszystkich masek systemy kościelne i polityczne, a przede wszystkim wtłoczone nam wierzenia i schematy, podając na tacy mechanizm i idące za nim konsekwencje.
A to wszystko w pełni otwartości i nadziei na możliwości i przede wszystkim skuteczność zmiany, którą możemy wdrożyć na poziomie jednostki.
Niesamowicie przeciera nowe szlaki.

Po trzaśnięciu okładką z drugiej strony miałam wiele myśli... ale jedną dość wyraźną...
Jednak nie zwariowałam.

Albo przynajmniej ktoś miałby postawioną podobną diagnozę.

Dojrzewałam patrząc na świat, który nie był moim światem.
Często miałam wrażenie, że wszystko co mnie otacza, to jedno wielkie wariactwo...
Większość opinii stwierdzała jednak, że to ja mam nierówno pod kopułą.
Nauczyłam się z tym żyć, korzystać z wszelkich nierówności, nawet sobie ten nierówny sufit zrzuciłam w pewnym momencie, żeby luźniej na moje wariactwa było.
Zbudowałam sobie grzecznie własny świat, działający wg moich zasad i współdziałający z tym na zewnątrz. I lekko nie było, nawet teraz nie jest, ale warto zdecydowanie.

W każdym razie, długo żyjąc w swojej utopii i świadomości własnej, we własnej bańce, nagle spotkałam w tych stronach kogoś, kto widzi tak samo.
I na początku nie wiedziałam, czy przeważa we mnie szczęście, czy poziom szoku i niedowierzania.

Nie mówię oczywiście, że nie ma na tym świecie ludzi, którzy mnie nie rozumieją.
Są.
I wiedzą, że są w mojej bańce.
Jednak Glennon Doyle w Nieposkromionej, uderzyła mnie zdecydowanie poziomem i wielkością tego dziwnego połączenia.

Nie jest to jednak książka dla każdego.

A przynajmniej nie jest taką tam sobie rozrywką, opowiastką, czy poradniczkiem.
Tu jest dość grubo.
Ale jeśli szukasz... może nie do końca wiesz czego...
Jeśli borykasz się ze sobą, czy uważasz, że nie do końca wszystko wokół jest Twoje...
To sięgnij po nią.

Oczywiście może Cię przyciągnąć jakikolwiek inny powód, choćby pstrokata okładka, wszystko jest jak najbardziej słuszne. Tym bardziej, jeśli w ogóle Cię po prostu przyciąga.
Wtedy się nie zastanawiaj, tylko czytaj.
Wnioski wyciągniesz własne.

LuV U
milka

nieposkromiona glennon doyle milka giemza


Wtorek, Wrzesień 21, 2021, 17:02 | Brak komentarzy »
Pewnego dnia pojawiło się we mnie jedno zdanie...
Długo kiełkowało w samotności i długo w tej samotności trwało... aż dość nagle, dnia pewnego, wylała się z niego pewna historia... dopisana dosłownie jednym tchem.

Od tego momentu dojrzewała jeszcze ponad rok...

Okraszona mnóstwem moich wątpliwości i niepewności...
Ale za każdym razem, kiedy ją czytałam, nie chciałam zmieniać nic. Choć czasem myśli pojawiały się różne, to każda, nawet najmniejsza forma zmiany, nie była w żaden sposób właściwa.

Ta historia taka ma być.
Pisana od serca, dla serca.
I tak najlepiej żeby była czytana.

Na początku tego miesiąca poleciała w kopercie do czytelników oldlettera.
Z moją ogromną radością, że wreszcie ujrzy światło dzienne oraz z ogromną wdzięcznością, że ta grupa odbiorców przeczyta ją jako pierwsza.

Długo myślałam jak tą opowieść wydać, jak przedstawić, jak oprawić...
Aż w końcu odpaliłam drukarkę i powstała.
W każdym milimetrze złożona moimi rękami.
Taki mały, wyjątkowy dla mnie zeszyt...

I to też tak właśnie miało być.
Też nie znosiło żadnego sprzeciwu i nie jawiło żadnej innej drogi...

A radość moja z każdym kolejnym etapem składania rosła tak, że to pierwsze wydanie zapisało w sobie kilka moich drukarskich błędów.

I cóż.
Jest tym bardziej wyjątkowe.

Pierwsze 15 egzemplarzy... moje marzenie zbudowane totalnie samodzielnie od samego początku...
Nie idealne, ale właściwie dla siebie doskonałe.

Wczoraj miałam urodziny i z tej okazji chcę się tą opowieścią podzielić z Wami jeszcze bardziej.
Powstaje właśnie kolejna partia egzemplarzy i niedługo trafi do kolejnych rąk.
Mam nadzieję, że również i do kolejnych serc.
Jaka będzie jej dalsza droga...?
Zobaczymy...

A opowieść jest o wędrówce małego, wyjątkowego Promyczka, który to właśnie zapragnął spełnić pewne swoje marzenie. O jego odczuciach, emocjach, obserwacjach i przemyśleniach...
I oczywiście o życiu... tak po prostu, choć niekoniecznie prostym...

LuV U
milka

milka giemza promyczek historia pewnej wedrowki
milka giemza promyczek historia pewnej wedrowki
milka giemza promyczek historia pewnej wedrowki
milka giemza promyczek historia pewnej wedrowki


Niedziela, Wrzesień 19, 2021, 06:37 | Brak komentarzy »
Ostatnie dwa lata mojego życia przewróciły je bardziej, mocniej i o wiele więcej razy, niż kiedykolwiek wcześniej...
Może też cały wymiar tego przewrotu był po prostu inny...

Zauważyłam, że te minione dwa lata, podobny przewrót zafundowały wielu osobom...
Zresztą widać to również w ogólnej sytuacji na świecie...

Od dziecka czułam, że moje życie zacznie się po trzydziestce...
Czułam też, że żyję w mocno wyjątkowych czasach...
Za dziecka jednak ciężko było przewidzieć cokolwiek wobec nadchodzącej przyszłości, tym bardziej, że w ciągu życia tego jednego pokolenia świat zmienił się i rozwinął wyjątkowo mocno...
i w sumie gna w to dalej...

Jeszcze choćby jeden, dodatkowy rok wstecz, od tych ostatnich dwóch lat, w życiu bym nie powiedziała, że rzucę zawód, któremu poświęciłam pół swojego życia. Nie pomyślałabym, że rzucę wszystko co mam, żeby zacząć swoje życie od nowa, na jednej wielkiej niewiadomej.
I chociaż zawsze marzyłam o domu w lesie, czy pod lasem, ta synchroniczność i pewność zdarzeń zafundowanych przez świat, mocno mnie zaskoczyła.

Najzabawniejsze we wszystkim było to, że jakiekolwiek moje obawy czy wątpliwości, absolutnie się dla mnie nie liczyły. Rodziły się, ujawniały, ale nawet nie mogły w pełni zaistnieć, bo świat pchał mnie w tą ścieżkę totalnie nieokreślonymi siłami, z pełną mocą.

Zdarzały mi się wcześniej podobne sytuacje i wiem, że z takim poczuciem się nie walczy.
W to się idzie z totalnym zaufaniem.

Niemniej, wylądowałam na małej wsi, pod lasem, w okolicznościach wymarzonych.

Na budowie, bez pracy, bez wielu możliwości, z dziećmi...
No i to już jakoś specjalnie wymarzone, poza tym lasem, nie było...
Była jedynie pewność, że tak ma być.

Przez te dwa lata pożegnałam ostatecznie dwie bliskie mi osoby i w sumie sama, o mały włos, do nich nie dołączyłam.
A może bardziej, nie utorowałam im drogi, bo od tej z moich przygód cała akcja zmian mocno u mnie przyspieszyła.

Żeby było weselej, nie pierwszy raz w życiu witałam się z bramami niebios...
Nie szłam co prawda przez tunele do świateł, ale doświadczyłam zdecydowanie wystarczającej bliskości do nabrania pewności w pewnych kwestiach i większej odwagi w życiu doczesnym.
Niewiele osób zna moją historię od tej strony.
Z tych, które znają z opowieści, wiele nie dowierzało...
Najczęściej dlatego, że po mnie nie widać... bo za lekko żyję i za lekko mówię...
Bo najczęściej przecież, powinno się chyba, gloryfikować takie zdarzenia i nieść je na fladze życia dumnie przed sobą, ażeby wszyscy równie dumnie oglądali i współczuć mogli. Lub się użalać.
A przynajmniej, żeby mieli o czym gadać i w co nie dowierzać.

Przez te dwa lata (choć to akurat w sumie i wcześniej), wielokrotnie zaprzeczyłam głównemu nurtowi biegnącego świata, zostając wrzucona w wiele worków określeń społecznych.
W większości nie mających pokrycia w prawdzie, ale doświadczyłam kolejne razy, jak to bardzo ludzie wiedzą lepiej.

Poziom ciśnienia budowanego przez ludzi na sobie nawzajem, w wielu kwestiach, z wielu powodów, przybrał w ciągu tych dwóch lat, rozmiary totalnie absurdalne.
Przestało mnie zdecydowanie dziwić stwierdzenie, że ludzie sami się pozabijają...
I to jest kurwa straszne.

Nasze zdolności i siłę przebicia moglibyśmy wykorzystywać zdecydowanie lepiej...

W każdym razie, przez te dwa lata, nasprzątałam się więcej niż kiedykolwiek wcześniej.
Mentalnie, zrzuciłam wiele narzuconych na siebie warstw. Ale o tym next time.
Fizycznie, sprzedając mieszkanie, opróżniałam swoje życie z wszelkich rzeczy po raz pierwszy.
Zamykając ostatnie Studio, opróżniałam życie z wszelkich rzeczy po raz drugi.
Wnosząc te resztki do nowego domu, sprzątałam życie z wszelkich rzeczy po raz trzeci, bo to co przywiozłam, po części, jak się okazało, nie dopasowało się do mojego nowego życia.

Decydując się na zamieszkanie w domu w trakcie budowy, wiedziałam, że codzienne sprzątanie mnie zajedzie. Budowa, to przecież również masa pyłów itp... nie jakiś tam zaległy za mocno kurzyk...
To beton, i surowe ściany, nie ładna farba i dywaniki...

I nadal była to zdecydowanie jedyna logiczna opcja.
Postanowiłam więc przyjąć ją w całej okazałości, z zajechaniem się sprzątaniem włącznie.

I choć dotknęłam w życiu wielu światów, żadna medytacja, żadna forma uziemienia, dosłownie nic, nie ugruntowało mnie nigdy na tyle mocno i skutecznie, co ta droga.

Burzenie ścian, stawianie ścian, wymienianie okien, układanie rur i elektryki, a w tym wszystkim sprzątanie na bieżąco, gotowanie i tworzenie relatywnie normalnej przestrzeni dla dzieci, to był po prostu kosmos.

Fizyczne przejście przez tą orkę, realnie wróciło mi czucie i otwarcie się na siebie.
I choć zawsze czułam mocno, zarówno siebie jak i świat wokół, to poziom mojego czucia i połączenia ze sobą, po tym wszystkim, dopiero realnie wraca i cały czas wzrasta.

W takim miejscu też już kiedyś byłam i to poczucie jest błogo świadome.
Zauważyłam jak bardzo, od tamtego czasu, poodcinałam się i odkryłam dlaczego to zrobiłam.

W tej fizycznej orce, moje myśli mogły przepływać swobodnie, bo emocje uwalniałam w bieżącej pracy. Nabierałam coraz większej lekkości słuchania wspomnień i radzenia sobie z nimi.
Mój spokój wzrastał i budował mnie w siłę.
Przypomniałam sobie tą dawną błogość i mogłam znowu świadomie przesunąć jej granice jeszcze głąbiej.

Te ostatnie dwa lata pokazały mi w ogromnej pigułce, najważniejsze aspekty mojego życia i spojrzenia na nie z niezliczonej ilości perspektyw.

Wcześniej, w pracy, patrzyłam jak wiele kobiet jest od siebie oderwanych.
Jak wiele wizażystów nie ma podstaw pracy, a chcą latać wysoko.
Przez wiele lat robiłam wiele dużych rzeczy, poruszałam i uchylałam nieba wielu Istotom...
i patrzyłam na te braki gruntu wokół...
patrzyłam na ludzi wokół...
aż wreszcie zauważyłam jak duży mam brak gruntu pod swoimi nogami.

Pomogłam wielu Istotom znaleźć ich ścieżki, oni, swoją obecnością pomogli mi zobaczyć moje braki.

Pozwalając sobie na zmiany i wpadając w ten wir życia z zaufaniem, pozwoliłam sobie na zbudowanie mojego gruntu na nowo.

Praktyka zapuszczania korzeni poprzez najlepszą i najgłębszą medytację ever.
Poprzez codzienność.
Tą, która wydaje się taka oczywista, taka nieciekawa, taka nijaka...
Tą wypieraną, odprawianą z pośpiechem, pomijaną i poniżaną, względem rzeczy wielkich, pracy, projektów, wyjątkowych okazji...
Poprzez sprzątanie, gotowanie, zabawę, odpoczynek, lenienie się kiedy trzeba i gapienie na drzewa...
Bo to w codzienności właśnie, dzieją się rzeczy realnie magiczne...

Moje ostatnie dwa lata, to budowanie świadomego fundamentu życia.
Opartego na sobie i świecie, na zaufaniu i mocy, na prawdzie.
Mojej.

Nie rodziców, nie społeczeństwa, nie powinności.
Mojej.

Polecam.

(to żadna płatna współpraca, po prostu z serca)

LuV U
milka

milka giemza blog notatka codziennosc

 


Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem