Czwartek, Styczeń 23, 2020, 18:33 | Brak komentarzy »

Tak sobie to wszystko wymyśliłam, że skoro każdy z nas jest Panem swojego życia, to może zacznijmy wreszcie świadomie panować.

Świat wcale nie jest zły, on jest po prostu.
Ludzie też z natury nie są źli, też są po prostu.
I każdy po prostu dokonuje różnych wyborów, z różnymi konsekwencjami.
Narzekamy na świat, narzekamy na ludzi, generalnie narzekamy na wszystko.
A skoro to wszystko jest po prostu i tak naprawdę nie ma powodu do narzekania, to dlaczego narzekamy...?
No właśnie.
Narzekamy, bo coś nam się nie podoba.
Walczymy ze światem, bo nam się nie podoba, walczymy z ludźmi, bo nam się nie podobają.
Po co walczyć?
Naprawdę nie ma tego „co ładne", bo są różne punkty widzenia. Jest to, co „nam się podoba".
Tylko, jeśli nam się podoba w naszym świecie i królestwie, to proszę bardzo, ale od innego świata i królestwa wara. Bo każdy, absolutnie każdy ma prawo mieć swoje własne królestwo, bo ma swój własny świat i nikt inny, ze swoim "się podoba", nie ma prawa gdzie indziej rządzić.

Znaczy to mniej więcej tyle, że u siebie masz prawo, niezaprzeczalnie masz prawo do pełnego życia na własnych zasadach. Masz prawo robić wszystko po swojemu, zachowywać się po swojemu, żyć po swojemu i wyglądać po swojemu.
I nikomu nic do tego.
Ale Tobie też nic do nikogo innego.

No, ale to co z tym całym światem, zapytasz? Jak całe społeczeństwo będzie działać, skoro tylko każdy sobie?

A teraz pomyśl, że budujesz siebie, jesteś tym zajęty, jesteś w tym szczęśliwy i spełniony. I powiedz, czy masz chęć i czas atakować kogokolwiek z jakiegokolwiek powodu? Czy masz potrzebę narzekać na inny świat lub z nim walczyć?
Skoro jest u Ciebie pięknie, dobrze i spokojnie, to masz potrzeby niszczenia, krzywdzenia, czy atakowania?
Nie.
Człowiek szczęśliwy nie ma takich potrzeb. 

Nie mówię, że grupy i wspólnoty są złe. Nie są. Są po prostu. Istnieją.
Ale kiedy jesteś zależny od grupy i podejmujecie decyzje wszyscy razem, dla dobra ogółu, to ten, któremu jest trochę niewygodnie, traci część siebie. W pewnym momencie ta niewygoda przeradza się w napięcie, potem frustrację i jest tylko gorzej. Zaczyna się walka.
I teraz wszystko zależy od reakcji na tą presję.
Jeśli jesteś nieszczęśliwy, to odejdź od tego, co Ci nie służy, bez żalu i pretensji. Jeśli nie odejdziesz, to za własną zgodą wyniszczasz się.
Pada więc decyzja, czy jesteś w zgodzie ze sobą, czy poświęcasz siebie dla grupy. Masz wybór. 
I nie wiem czy argument większego dobra tu na mnie działa, bo jakie dobro może nieść grupa z mnóstwem sfrustrowanych elementów ludzkich, które odreagowują na wiele sposobów?

Ludzi na świecie jest masa i prędzej czy później trafisz na osobę, osoby, do których Tobie blisko i które mają świat podobny do Twojego albo Wasze światy będą się uzupełniały w pewien sposób.

W takiej sytuacji tworzenie się grupy jest lekkim i naturalnym procesem. Członkowie takiej grupy są dla siebie wsparciem, ale żyją przede wszystkim w zgodzie wewnętrznej. Bo dobór tej grupy wynika z ich wewnętrznych, naturalnych i spokojnych potrzeb. A jeśli ktokolwiek postanawia zmienić swoje zasady i odejść, robi to również z lekkością i taka grupa z równą lekkością to akceptuje, w pełnym zrozumieniu zmian.

I wszyscy są nadal szczęśliwi.

Jednostka w każdej grupie jest ważna, jest jej składową, elementem, a od tych elementów i ich jakości, zależy jakość całości.
Jednostka jest najważniejsza.
Niezależnie od wielkości grupy.
Dlatego dbaj o siebie.
Najpierw Ty.
Najpierw jednostka.
Dla szczęścia swojego i innych za razem.
Kreuj własny świat, własną rzeczywistość.
Dokonuj wyborów, świadomych.
Jesteś ważny.
BARDZO.

Kreuj na własnych zasadach, to Twoje pełne prawo.
Kreuj i buduj swój świat.
I wspólnie zbudujemy razem nowy, szczęśliwy świat, szczęśliwych ludzi.
Lekko.

 


środa, Styczeń 22, 2020, 19:02 | Brak komentarzy »

22.01.2005 r. rozpoczęła swoje pierwsze, oficjalne, profesjonalne podejście do zawodu wizażysty.
Mało kto wiedział, że wizaż, choć obecny w jej życiu już wcześniej, nie był jej pierwszym wyborem zawodowym. Oprócz malowania w różnej formie i malowania twarzy, jej pasją było projektowanie i szycie, co potrafiła i co zdarzało jej się popełniać.
Jej ofiarami padały rzeczy w szafie obecne i materiały znalezione w domu, które po drobnej obróbce nabierały nowego wyrazu lub stawały się np. torbą. Tak, torebki lubiła od zawsze. A skoro nie mogła kupić tego co chciała, to uszyła.
Wiecznie też przestawiała w domu meble i również przerabiała je na różne sposoby, nie wspominając już o malowaniu ścian, co było wiecznym utrapieniem jej otoczenia.
Kolor zawsze zajmował w jej życiu dużo miejsca, forma i kształt również.
I nigdy się ich nie bała.
W szkole, na którą się zdecydowała, nie utworzono grupy projektowania ubioru, padło więc na wizaż, bo aranżacja i stylizacja wnętrz były tym trzecim.
Zawsze jednak każda z tych dziedzin miała dla niej prawie równe znaczenie.
Był jeszcze jeden element mocno w niej grający, ale skutecznie wypierany przez niezrozumienie otoczenia. Został, ale dojrzewał sobie cichutko, na uboczu, żeby walnąć znienacka w mało oczekiwanym momencie.

Pierwsze zajęcia z wizażu i stylizacji wreszcie porwały ją w świat inny niż dotychczasowa forma nauki i niż analityczne, sztywne podejście.

Kolory, fasony, historia mody i ubioru... Raj, którego nie dało się już z niej wyciągnąć.
I podejście, które bardzo polubiła, a które do tej pory stosuje w swojej pracy - widzenie całości. Nawet podzielonej na poszczególne elementy, ale całości kontekstu, który jest kluczem, do tworzenia spójnego wizerunku.

Pierwsze kursy nie były jedynymi. Były kolejne i kolejne, kolejne szkoły, kolejna tematyka, kolejne style, kolejne elementy. Ten świat był dla niej cudownie wciągający.
Ale to właśnie już po pierwszych kursach rozpoczęła pracę z agencją wizażystów i na własną rękę.

Dużo miotało nią wątpliwości i wiele miała znaków zapytania.

Wtedy makijaż był zarezerwowany dla gwiazdek i Panien Młodych, a często wykonywały go, z niewielką wiedzą, kosmetyczki. O pełnej stylizacji ubioru dostępnej dla każdej kobiety, również mało kto słyszał.

Idąc z tymi wątpliwościami i charakterystycznym dla siebie uporem maniaka, potykając się i wstając, drążyła swoją zawodową ścieżkę. Pracowała i współpracowała z wieloma salonami, markami kosmetycznymi i perfumeriami, jako wizażysta, jako animator, w końcu całe lata jako szkoleniowiec.

Malowała do wielu sesji zdjęciowych, pokazów mody i różnych eventów. Przerobiła pracę w teatrach i na planach. Tak, również z celebrytami.

Poznała mnóstwo ludzi, poznała wiele produktów, wielu firm od podszewki, poznała wiele zasad wielu działań i wiele schematów. I dużo słuchała, a potem składała te elementy w całość.

Oprócz uporu, ma w sobie dość duże zdolności obserwacji i szybkość analizy.
Pomimo wydźwięku poprzedniego zdania, jest za skromna, ale cały czas uczy się mówić o sobie.

W trakcie zdobywania całego doświadczenia, nabrała ogromnego dystansu do marketingu i jego zagrywek. Magię lubi więc tą życiową, a nie na potrzeby sprzedaży.
Sprzedawać wręcz nie lubi, przez co ma problem z reklamą własną, ale na brak klientów zdecydowanie nie narzeka.
Lubi za to mówić prawdę, choć prawdy czasem słucha się ciężko.

Wybrała niszę pracy z klientem indywidualnym, bo każdy jest gwiazdą swojego życia.

Dopadło ją poczucie misji wspierania kobiet, w ciężkich czasach wypierania indywidualizmu.
Bo przy poziomie indywidualizmu własnego, szczególnie rozumiała te potrzeby.
Od kiedy poznała wszech panujące zawodowe zasady i spojrzała szerzej, zrozumiała, że ograniczenia nikomu nie służą, a zasady trzeba stosować uważnie i układać je do jednostki. Inaczej zamykamy się w klatce, a przecież chodzi o wolność.

Powielanie schematów zostawia, tym, którzy to lubią albo którym to wystarcza.
Sama woli kreatywność na poziomach różnych i najlepiej wielu oraz wszelkiego rodzaju wyzwania.

Lubi tworzyć i pomagać tworzyć, bo świat mamy na wyciągnięcie ręki i fajnie go budować tak, żeby przynosił nam radość i żeby było nam w nim wygodnie.
Docenia siłę jednostki i stara się wznosić jej wartość.
Lubi wspierać rzeczy ważne i lubi to, że wagę rzeczom nadajemy sami.

Milka nie jest wydumanym pseudonimem, a skrótem jej imienia – Kamila. Przykleiło się do niej dość dawno i z racji wygody, przeszło w wersję oficjalną.

Również Giemza jest nazwiskiem, w dodatku prawdziwym i od urodzenia jej przypisanym.
Prawda jest dla niej ważna, w życiu i w pracy. Bo to dobry fundament budowania wszystkiego.

Tak właśnie powstała.

I tak prowadzi ją drążenie ścieżki wyrażania siebie w zgodzie z całą swoją istotą.
Ustalanie własnych zasad w zgodzie ze swoim życiem i swoimi przekonaniami.
Wyrażanie zewnętrzne swojego wnętrza, opowiadanie swojej prawdy całą swoją osobą.

Taki sobie właśnie obrała cel.

Pomóc innym odnaleźć swoją wolność i wyrażać swoje szczęście.
Pomóc kreować na własnych zasadach.

I lubi pisać, choć powiedziano jej, że nie umie.
Ale mimo tego popęd do składania słów nie ustaje i nie dał się zagłuszyć, więc pisać będzie.


milka giemza urodziny narodziny


Wtorek, Styczeń 21, 2020, 18:35 | Brak komentarzy »
Stylizacją rzęs zajmowałam się przeszło 12 lat.
Miałam okazję poznać ten zabieg, kiedy ledwo pokazał się na polskim rynku. Udało mi się nawet poznać go od podszewki, dzięki ludziom, którzy ściągnęli mnie z ogromnym zaufaniem do współpracy.

Od tamtego czasu wiele godzin poświęciłam na naukę własną i na przekazywanie tej wiedzy. Wyszkoliłam wiele stylistek rzęs w całej Polsce. Sama nieustannie przyjmowałam klientki i wiele z nich towarzyszyło mi przez całą moją rzęsową drogę.

Lubiłam ten zabieg.
Choć nie powiem, że moje początki były łatwe. Nauczyłam się dzięki temu mocno żmudnemu zajęciu cierpliwości, pokory i dokładności, trenowałam  perfekcję.
Lubiłam czas spędzony z klientkami na długich rozmowach, bo zabieg ten do krótkich nie należy, a ja nie lubiłam się spieszyć.
I myślę, że byłam w tym dobra, patrząc na ilość klientek, ich ocenę mojej pracy i lojalność.

Prawie półtora roku temu postanowiłam ze stylizacją rzęs się pożegnać.

Nie była to łatwa decyzja.
Tym bardziej, że mimo powolnego dojrzewania w środku, dość nagła, ze względu na mnóstwo dodatkowych czynników zewnętrznych.
Technicznie również było trudno, bo pożegnanie wszystkich klientek, przepisanie i choć chwila rozmowy, pochłonęły mnóstwo czasu i emocji. Różnych zresztą.
Kiedy zostawiasz za sobą tak dużą i ważną część swojego życia, wątpliwości jest mnóstwo.
U mnie również było.
Wewnętrzne poczucie spokoju wygrało, ale za uszami szumiały znaki zapytania.

Trochę ponad pół roku od powyższego postanowienia, na chwilę do rzęs musiałam powrócić.

I myślę, że odgrzanie tego kotleta było mi bardzo potrzebne.
Złapanie pęset po kilku miesiącach nie było trudne. Czułam, jakbym miała je w ręku dzień wcześniej.
Spotkania i pogaduszki były tym fajnym sednem wszystkiego, a rzęsy się działy.
Miałam okazję zmierzyć się ze swoją decyzją jeszcze raz.
Poczuć, czy warto było porzucać ten zawód, czy może czas wrócić bez marudzenia.

Warto było.

Stylizacja rzęs to przepiękny dział mojego życia, pełen niesamowitych wspomnień, pełen niesamowitych ludzi i znajomości, wbrew pozorom pełen niesamowitych historii i emocji.
Nauczyłam się bardzo wiele, bo poznałam w tym czasie wiele osób, a nic nie nauczy więcej niż historia drugiego człowieka.
Nauczyłam się również wiele o sobie i swoich granicach, także o granicach swojego ciała.

Warto było bardzo.

I warto było bardzo ten rozdział zamknąć.
Ogromnie wdzięczna, stylizację rzęs odłożyłam na stałe, zamykając etui z pęsetami ostatnim kliknięciem.

Po co to piszę?

Nie dla spowiedzi.
Nie dla jakiegokolwiek usprawiedliwiania się.

Piszę, żeby podzielić się elementem mojej historii, bo może właśnie jesteś na takim rozdrożu, może masz wątpliwości, może nie jesteś pewna...
Sprawdź swoją decyzję jeśli możesz, żeby się upewnić i żeby nie mieć do siebie pretensji później. Jeśli nie możesz sprawdzić, to nie myśl za dużo.
Decyzje podejmuj z odwagą i podniesioną głową.
I z otwartością na zmiany. Bo nigdy nie wiesz, co wydarzy się za moment.
Mimo wątpliwości, zaufaj sobie i idź tam, gdzie Cię serce prowadzi.

To, że gdzieś pasujesz, nie zawsze oznacza, że jest to Twoje miejsce,
nawet jeśli jesteś w czymś dobra.

jesli nie pasujesz to trudno

 


Niedziela, Styczeń 19, 2020, 10:50 | Brak komentarzy »
Kobiety boją się starości.

Boimy się pomarszczonej skóry, boimy się ograniczeń ciała, a myślę, że przede wszystkim boimy się ograniczeń życia, bo przecież starość kojarzy się z samotnością i smutkiem, i tą całą masą rzeczy, których już nie wypada, czy wręcz nie można. 

I tu pojawia się Iris Apfel.
Jedna z najbardziej barwnych postaci mody, o ile nie świata w ogóle. 
Minimalizm nie ma w tym wypadku racji bytu, a nawet jeśli biżuterii będzie dziwnie mało, to możecie liczyć na mnogość faktur, wzorów i kolorów.
"More is more and less is a bore"  jak mawia.
Nie jest to jednak w żadnym razie niezrównoważona staruszka, której odwaliło na starość i została własnym wieszakiem na biżuterię. Cała postać Iris, to pełny wyraz jej życia i radości, którą nosi w sobie i jak widać na sobie również.
To kolejna postać, która wniosła ogrom wartości do mojego podejścia do stylu i stylizacji. I do starości.
Pani historyk sztuki z długą listą ciekawych osiągnieć, urodzona, uwaga! 29 sierpnia 1921r. 
Oby inspirowała całą sobą ten świat jak najdłużej.
Uwielbiam jej kolorową wolność.

milka giemza iris apfel
milka giemza iris apfel  
milka giemza iris apfel
milka giemza iris apfel  
milka giemza iris apfel
milka giemza iris apfel  
milka giemza iris apfel
żródło zdjęć: Pinterest

Poniedziałek, Styczeń 13, 2020, 16:42 | Brak komentarzy »
Ten projekt powstał, jak wiele naszych z Joanną wspólnych projektów, z luźnej rozmowy, dotyczącej obserwacji kobiet. A, że mamy ich wokół wiele, to czasem obraz wyraźnie się wyłania.
Kobiety tak wbiły się w spodnie, że sukienka zaczęła być z czasem rezerwowana jedynie na specjalne okazje. Chciałyśmy więc pokazać, że sukienka jest bardzo uniwersalna i każda kobieta może znaleźć coś idealnego dla siebie. Ale chciałyśmy też, żeby element niosący projekt był mocno spójny. Padło więc na wspólny kolor, czerwień. Czerwonych sukienek widać na ulicach mało, a nawet na okazje nie są zbyt oczywistym wyborem.

Czerwień to mocny kolor, zdecydowany i przede wszystkim bardzo widoczny.
Do tego to zgubne przekonanie, że w czerwieni może pięknie wyglądać jedynie wysoka blondynka.

Czerwona sukienka była więc tematem idealnym.

Modelek postanowiłyśmy poszukać wśród normalnych, żyjących wokół nas kobiet.
Padło hasło, przybyły zgłoszenia, potem kilka kubków kawy, oglądania zdjęć i czytania wielu historii i wybrałyśmy kobiet 12. Żeby mogła powstać jedna sesja na każdy miesiąc roku.
Choć wybór był ciężki. Każda z kobiet miała w sobie coś wyjątkowego. A to było główne kryterium, to „coś" co nas urzeknie.

Wydawało by się to wszystko początkiem dobrej, luźnej zabawy.
I jak dobra była, tak z luzem już nie do końca się udało.
W międzyczasie codziennych obowiązków zawodowych, terminy sesji często nam uciekały, nie trzymając się wybranych miesięcy.
Praca z ludźmi, zaplanowana na tak długi czas, to też wyzwania względem relacji i różnych zdarzeń losowych. Po obu stronach w sumie.
Zdarzyło się zrezygnowanie modelki z projektu, zdarzyło się, że i my musiałyśmy z modelki zrezygnować. Otworzyłyśmy więc naszą listę rezerwową.

Każda sesja, każde spotkanie, każde miejsce, były wyjątkowe.
Za każdym razem tworzyłyśmy z Joanną obrazek, który powstawał w naszych głowach, dopełniany kolejnymi elementami.
Raz zaczynało się od sukienki, raz od miejsca, raz od ogólnej koncepcji.
Lubię pracować z Joanną, bo widzimy podobnie i potrafimy nasz obrazek spójnie i łagodnie uzupełniać. To ten niesamowita nić, dzięki której szyjemy wspólnie na miarę.

Makijaże do projektu były spokojne i raczej schodziły na drugi plan. Poza Sylwią i naszym Halloweenowym psikusem dla niej, w postaci makijażu kociego.
Często pojawiały się czerwone usta, choć nie zawsze znalazły swoje miejsce w całości.

Wyzwaniem były za to sukienki. 12 różnych, bo chciałam zachować jak największą różnorodność.
I chciałam szukać modeli na co dzień, do tego łatwo dostępnych.
Choć jedna pojawiła się w dwóch sesjach. Ciekawe, czy zgadniecie która?

Pojawiły się sukienki dopasowane i luźne, mini, midi i maxi. Były w formie bardziej klasycznej, ale też koszule, kamizelki, czy bluza.
Oprócz różnych fasonów pojawiły się również paski i kratka, bo przecież czerwień nie zawsze musi być samotna i gładka.
Fajne pole na kreatywność, bo po zaakceptowania przez Joannę pomysłu na stylizację, mogłam działaś zupełnie po swojemu. Dziewczyny nie miały pojęcia co je czeka do samego dnia sesji.
Większość z nich dopiero w dniu sesji poznałam osobiście.
Wszystkie stylizacje i w ogóle cały obrazek, malowałyśmy w głowach tylko na podstawie zdjęć i krótkich rozmów. Tym fajniej było usłyszeć, że dziewczyny świetnie się czują, w tym co wybrałam.
A najzabawniej było, kiedy modelka wracała z odkupioną sukienką do domu.

Ten projekt był dla mnie takim sprawdzianem zawodowym.
Bo nie tylko projekty w pełni artystyczne weryfikują nasze umiejętności.
Czasem najtrudniej zrobić to, co wydaje się najprostsze.

Upewniłam się, że widzę, co potrzebuję widzieć.
Upewniłam, że potrafię złożyć ze sobą w dobry efekt, choćby strzępki informacji.

I podsumowanie całości, złożenie ze sobą tych 12tu sesji, spojrzenie na 12 kobiet w 12 czerwonych sukienkach, dopiero pokazuje wyjątkowość tego projektu.

Zakończony prawie, bo za jakiś czas pojawi się jeszcze sukienka 13ta.
Sesja, która dołączyła do projektu z licytacji charytatywnej.

A teraz czas otworzyć kolejne drzwi na kolejne wyzwania.


Fotografie: Joanna Pawlikowska  

milka giemza stylizacja makijaz joanna pawlikowska fotografia

 


Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem