Niedziela, Listopad 7, 2021, 12:51 | Brak komentarzy »
„Jesteśmy utkani z materii, którą są nasze marzenia."
William Shakespeare

Dzień dobry Piękna Istoto.

Nie mogłam się doczekać, aż znowu napiszę do Ciebie.
Jestem bardzo ciekawa, jaki sprawiłaś sobie prezent?!
To niesamowite, jak często prezentami obdarowujemy innych, a siebie zwykle nie... albo po prostu kupujemy sobie to, co trzeba, ale nie prezent jako taki...
a PREZENT, już z samej nazwy, budzi wyjątkową radość.

Postanowiłam więc sobie, przy okazji pisania poprzedniego listu, że prezent dla siebie samej, wpiszę w swój nowy nawyk.
Może i Ty tak zrobisz?

Ja, w każdym razie, kupiłam sobie w owym prezencie, dwa duże albumy na zdjęcia. Takie z kartami do wklejania.
A później zamówiłam kolejne odbitki i poświęciłam się całą sobą wklejaniu, uzupełniając te wizualne pamiętniki rodzinne kolejnymi wspomnieniami.
Uwielbiam ten czas, uwielbiam zdjęcia, uwielbiam późniejsze wspólne oglądanie i ponowne przeżywanie...

Również od napisania poprzedniego listu, dużo rozmyślałam o podziale człowieka na dzieci i dorosłych...

O tym, co nagle się dzieje, i kiedy w ogóle (?), że porzucamy bycie dzieckiem z dnia na dzień, ostrym cięciem, nie wiadomo jak (?) i mówimy głosem dorosłego...
I o tym, że dopiero porządnie zmęczeni tą całą dorosłością, zaczynamy znowu tego naszego dziecka w sobie szukać...
...ale zostaje ono nadal „wewnętrznym dzieckiem"...
...jakąś częścią...
...naszą, ale częścią...
...tylko...

Zmęczyło mnie to rozmyślanie w pewnym momencie...
bo nie mogłam sobie zupełnie ułożyć poziomu i powodów, tego całego oddzielenia...

Zwykle moja logika wybiera sobie na spacery pokrętne ścieżki, ale tym razem, nawet po zrobieniu wielu kilometrów, nie czuła tego...

Tak. Moja logika czuje.

Przepływa w pełni przez rzeki serca i nie umie, nie chce, podejmować żadnych decyzji bez tej drogi.
Od kiedy dojrzało we mnie poczucie jedności, nie umiem i nie chcę dzielić.
Nic i niczego.

Tym trudniej właśnie, było mi zrozumieć i zaakceptować podział człowieka na dziecko i dorosłego...
...jak na dwie totalnie różne, mające ze sobą w sumie niewiele wspólnego, Istoty...

W dorosłości fajne jest to, że nie musisz mieć zgody innego dorosłego, na swoje życie i wybory.
Skoro nie jesteś dzieckiem, skoro masz już tą całą dorosłość, to w końcu możesz przecież...
Wszystko możesz.
I co?
I nic.
I nie robisz tego co możesz, bo...
...bo nie wypada...
...bo jestem za stara...
...bo to dziecinne...
No właśnie...

Albo i tak pytasz innego dorosłego...
...bo nie jesteś pewna...
...bo nie czujesz...
...bo jak tak w ogóle...?
...bo skoro jest wielu dorosłych ekspertów, to oni na pewno wiedzą lepiej!

I w tym momencie rozpadł mi się jedyny argument, przemawiający za „fajnością dorosłości"...

Dziecko jest szczere, proste, odważne, ciekawe, radosne, otwarte, niezłomne, kreatywne, TWÓRCZE!!!
Rety! Dzieci są ZAJEBISTE! Na wszelkich frontach!

A jak dostajemy plakietkę dowodu osobistego, to jakby nas z butów wysadza...

Myślę sobie, że dorosłość jest sztucznie wykreowanym tworem.
Przez ludzi.

Dorosły to taka forma Istoty, która ma określone cechy, przywary i zachowania, niezależne od urodzonej podstawy.

Dzieci są różne, dorośli tacy sami.

Bo jakby nie było i jak by się nie zarzekać, to jako dorośli, tracimy w znacznej większości, indywidualność własną...

No i to jest już kurwa straszne.

Jak nie wiem co zrobić, to nie robię nic lub parafrazując to powiedzenie, robię sobie kawy...
Rozmyślania swoje dalsze, toczyłam więc z kawą właśnie...
gapiąc się w las... słuchając ciszy...

Natura wie co robi.
Cholernie wie co robi.
I sypie odpowiedziami na każde zadane pytanie...
Widziałaś kiedyś, żeby cokolwiek w naturze stawało się dorosłe?
Przynajmniej w taki sposób jak ludzie...?

Teoretycznie, świat zwierząt, ma oczywiście osobniki młode i dorosłe, ale...
wszelkie „młode" dość szybko stają na nogi, a później samodzielnie i spokojnie się rozwijają...
Ludzie długo są dziećmi... niby samodzielni, ale nadal uzależnieni od dorosłych, potem nagle sami stają się dorośli, aż znowu nagle, pukają w wieko trumny...
A rośliny...?
A kwiaty...?
One też nie stają się nagle dorosłe...
Nie porzucają nagle i niezrozumiale, swojej formy...
One się rozwijają spokojnie...
jak młode zwierzęta...

Natura DOJRZEWA.
I to jest właśnie to!

My, ludzie, dojrzałość nazywamy starością...
A dojrzałość, dojrzewanie, to życie!
To cały jego proces!
...całe jego trwanie!
...cały nasz rozwój!

Rodzimy się, kiełkujemy, stawiamy pierwsze kroki, pniemy w górę, rozwijamy, kwitniemy, wydajemy owoce, porzucamy część formy lub w swoim czasie ją zmieniamy...
przekształcamy się nieustannie, pielęgnując w sobie nasz rdzeń... naszą prawdę...

Dojrzewamy obok siebie, niezależnie od gatunków, rozwijając swoją indywidualność, bez konkurencji, wspólnie, w szczerości, prostocie, radości...
niczym wieczne dzieci...
nieustannie kreujące siebie i swój świat...
Nie zmieniając się na zawołanie, do wymyślonej przez większość gatunku, postaci...

TAK!
Tak właśnie jest prawdziwie po ludzku!
Tak jest naturalnie!

Ależ właśnie mnie to zamiotło.
Tak!
To właśnie gra w mojej logice i w moim całym świecie.

Moje dziecko to JA!
Mój rdzeń.
Moja prawda.

Będę je pielęgnować i w nim dojrzewać. W swoim czasie.
Będę i nim pozostanę, bo to ja jestem, w całej mojej prawdzie.

Nie chcę być dorosłym, który poszukuje.
Nie chcę słuchać swojego „wewnętrznego dziecka".
Chcę nim być.
Chcę być sobą.

To moja jedność w mojej naturze.
I dzięki niej wiem, jak siebie kreować...
na każdym kroku, z otwartością i odwagą...
jak dziecko... MARZĄC.

Wiem, że kreuję w każdej chwili, świadomie czy nieświadomie...
Wiem, że nie muszę nikogo pytać o zdanie, zgodę, czy cokolwiek innego.
Wiem, że mogę.
Wszystko.

Wezmę więc w serce swoje MOGĘ i swoje WSZYSTKO i idę w świat...
który sobie stworzę...

Powoli, spokojnie dojrzewając, kwitnąc i wydając owoce...
Będę myśleć, wymyślać, kreować, marzyć i tworzyć z siebie.

I za tą myślą idąc, w następnej kopercie, za miesiąc, znajdziesz jeden z owoców moich, do którego dojrzewałam dłuższą chwilę...

I ten list dzisiejszy, te wszystkie moje przemyślenia i wszystkie wnioski, pomogły mi zrozumieć, że już czas... że mogę... z lekkością, radością, ciekawością i odwagą, kreować nową swoją formę, świadomie... inaczej...
będąc jeszcze bardziej SOBĄ.


Ściskam Cię mocno...

milka

oldletter milka giemza


Sobota, Listopad 6, 2021, 13:24 | Brak komentarzy »
Wspomnienia napływały niczym morskie fale...
Rzeczywistość była stabilna niczym piasek pod stopami... niby ten grunt był... niby twardy... ale też miękki, przyjemny, ciepły, otulający... a jednocześnie osuwający się nie wiadomo kiedy i pod jakim wpływem...

Były fale ciepłe, pełne spiętrzonej, przyjemnie zabawnej piany... były też zimne i mocno cucące... czasem cucące przyjemnie, czasem zdecydowanie mniej...

Działanie na codziennym automacie biegu, nie dopuszcza nawet na chwilę jakiegokolwiek sposobu spojrzenia na siebie, prócz kwestii wyglądu zewnętrznego, na potrzeby życia w zewnętrznym świecie.

Zatrzymanie, rezygnacja z wiecznego wyścigu o nic, to jakby wejście do Narnii przez szafę, z tą różnicą, że to Narnia jest rzeczywistością.

Okazuje się nagle, że nasze własne pokłady doświadczeń bywają zdecydowanie bardziej bogate niż pokłady doświadczeń innych ludzi. Jednak mamy chyba tendencję do umniejszania sobie, a gloryfikowania innych.

Mamy też, co prawda, czasami, zacną tendencję do umniejszania innym, na swoje potrzeby, jednak wcale nie podnosi to w żaden sposób naszej wartości, działając wręcz przeciwnie.

Fale moich wspomnień pokazały mi dwie sprawy.

Po pierwsze...

część wspomnień działała na mnie cudownie zmiękczająco i rozluźniająco.
Zatapiałam się w nich, niczym czytając kolejne książki.
Historie to były różne, w większości zatopione w dzieciństwie i czasach nastoletnich...
łączyła je jednak pewna stała...
mechanizm, który każdemu z nich towarzyszył i wywoływał we mnie, konkretną reakcję.

Blokady.

Myślałam sobie o tym jak bardzo kiedyś lubiłam tańczyć.
Zawsze i wszędzie, niezależnie od muzyki i formy parkietu lub jego braku, zawsze wyrywałam się pierwsza, na środek i tańczyłam ile wlezie, nie zwracając uwagi na cokolwiek wokół.
Kiedyś nawet, w dzieciństwie, chodziłam na zajęcia taneczne, choć przestałam. Z kilku powodów.
W tych rozmyślaniach wpadła mi do głowy sytuacja, kiedy bliska mi dusza, w potocznych instagramowych zapytaniach o tytule „pokaż mi zdjęcie...", poprosiła o zdjęcie, na którym tańczę...
Nie miałam.
W zbiorze ujęć lat ostatnich dziesięciu, nie miałam nic, poza jednym zdjęciem z wesela, na którym dygam sobie powoli z roczną córeczką.

Najgorszy dla mnie w tej świadomości był fakt, że problemem nie był tyle brak zdjęć, co brak tańca w moim życiu...

Wesele, czy tego typu impreza, to nie do końca ten taniec...
To nie ten z siebie, z wnętrza, nie ten uwalniający, dziki, jedynie własny w pełnym odczuciu...
W latach nastoletnich taniec, ten praktycznie codzienny, własny, dla siebie, nie dla kogoś, był dla mnie uwolnieniem wszelkim... emocji, napięć, blokad, wstydu... wszystkiego co mnie obciążało...
Potrzebowałam dojrzeć do stanu tańczenia i tej odwagi puszczenia ciała, niezależnie od możliwości jakichkolwiek ocen...
A może te oceny miały dla mnie po prostu zdecydowanie mniejsze znaczenie niż proces, który podczas tego tańca się we mnie toczył...
I radość, którą wyzwalał...

Było tak do czasu, kiedy zostałam matką...

Wspominałam sobie też ile śpiewałam...
Najczęściej w samotności co prawda, ale pełnym głosem.
Choć żadna ze mnie piosenkarka, to czułam się dobrze z wydawanymi tonami, a przynajmniej nie drażniły mnie znacznie, więc fałszowałam raczej w granicach możliwości słuchania.
I słyszałam swój głos, co było ciekawym doświadczaniem siebie na bieżąco.
A kiedy potrzebowałam wywalić wkurw, to się najzwyczajniej w świecie darłam.
Zacnie i w mega szybkim tempie puszczało wszelkie ciężkie emocje.

Nasze ciało, to piękne narzędzie doświadczania.

Oczywiście śpiewać przestałam, co zauważyłam wspominając jak to było fajnie śpiewać kiedyś.
Przestałam w podobnym czasie, kiedy przestałam i tańczyć.

Od dziecka również pisałam.

I przypomniałam sobie, kiedy mając około 6-7 lat, wydałam swój „tomik wierszy".
Napisałam ich kilka.
Krótkie frazy to były.
Nie do końca pamiętam o czym, ale były dla mnie zdecydowanie znaczące i byłam z nich dumna.
Zwłaszcza, że każdy napisałam na osobnej kartce, każdy zilustrowałam, a na koniec zszyłam kartki ze sobą. Nitką. Czerwoną.
Tak, pamiętałam o okładce.
Radość roznosiła mnie tak bardzo, że na samo wspomnienie nadal ją czuję.
Ciało pamięta.

Pisać przestałam.
Z kilku powodów.
Pierwszy był najbliższy temu wspomnieniu.

Z roznoszącą mnie radością, poszłam przedstawić swój „tomik wierszy" rodzicom.
Pokazałam, przeczytałam.
Dałam obejrzeć im dokładnie wszystko, opisując wiersze, obrazki, emocje...
I pamiętam uśmiech mojego ojca, jego gratulacje, bo stworzyłam swoje pierwsze, samodzielne „dzieło" oraz stoicką minę mamy, która z równie stoickim spokojem powiedziała, że super, ale to chyba jednak nie nadaje się do pokazania szerszej publiczności... ale oczywiście tak dla siebie napisać, to super.

Od tamtej pory, choć ciągnęło mnie strasznie, nie napisałam nic, aż do liceum.
W szkole średniej jednak, trzeba było umiejętności pisarskie puścić ciut ze smyczy, co robiłam na początku bardzo powściągliwie, nie pamiętając żywo dlaczego tak robię.

Po jakimś czasie odważyłam się.
Przez całą szkołę, słyszałam od swojej polonistki, że piszę dobre streszczenia dobrych streszczeń i ona oczekuje, że jej udowodnię, że piszę to sama.
Próba wejścia mi na ambicję, kończyła się moją totalną blokadą, z prostego powodu – nic, nikomu, nie muszę udowadniać i nie będę.
Nie skończyło się to dla mnie najlepiej w kwestii szkolnej.
Również w kwestii ogólnej, własnej, prywatnej.

Po raz drugi przestałam pisać.

Zaczęłam, bo kolega namówił mnie na założenie bloga.
Nie czułam tego, nie chciałam, broniłam się i wiele moich tekstów, mimo technicznej poprawności, było płytkich i pustych.
Przynajmniej ja to widziałam.
Nie na wyrost.
Po prostu nadal bałam się pisać po swojemu.

Blog odpaliłam w 2012 roku...
Niby był, ale wewnętrznie totalnie nie chciałam, żeby ktokolwiek go czytał.
Jednak trwał, a ja oswajałam się z nim i z powrotem do pisania...

Oswajam się nadal, tak mówiąc szczerze...
Jednak teraz widząc świadomie, skąd pochodzą moje blokady, odważam się w innej formie i innych emocjach.

Przede wszystkim w zrozumieniu.

Zrozumieniu siebie, bo wiem skąd blokady, przypomniałam sobie, poznałam i dojrzale spojrzałam na swoje uczucia.

Oraz zrozumieniu innych...
mojej mamy, która chciała chyba obronić mnie przed krytyką osób trzecich, paradoksalnie w tej chęci obrony, raniąc mnie najmocniej...
mojej polonistki... bo to, że ona nie dowierzała w moje umiejętności było jej niedowierzaniem, a nie moim brakiem, a także to, że taki miała zawód, w takim a nie innym systemie... może mogła nie cisnąć aż tak, a może nie mogła... ale to nadal nie jest moją kwestią.
Finalnie wiele swoich tekstów na blogu i innych usunęłam, i teraz tworzę kolejne w totalnie innej perspektywie.
Przede wszystkim w pełni swojej.

W taki sam sposób zablokowałam taniec... bo usłyszałam kiedyś, że nie wypada, że nie umiem, że teraz jestem matką i potańczyć to mogę z dzieckiem...

Zablokowałam śpiew... bo posiadając już pewne blokady, jeśli śpiewałam, to na pół głosu...
a na pół, to nic nie działa i nie brzmi... podśpiewując więc nieśmiało, usłyszałam kiedyś, żebym już nie śpiewała raczej.
Zamknęłam się i w tej kwestii.
Dosłownie.

W taki sam sposób przestałam gotować.
Zawsze to lubiłam.
Przede wszystkim kombinować w kuchni.
I, o dziwo, łączenie smaków, zwłaszcza skrajnych, wychodziło mi całkiem dobrze.
Jednak, kiedy dużo pracowałam, jadłam przede wszystkim w trasach i na mieście.
W domu gotowałam mało, bo najzwyczajniej w świecie mnie w nim nie było.
Szybko dostałam więc etykietkę tej, co gotować nie umie.
Wiecie jak to bywa... nie gotuje, bo nie umie. Innej opcji nie ma.
Tym bardziej, kiedy już dorwałam się do kuchni i czasu wolnego, gotowałam po swojemu, a wtedy to już masakra była, bo toż to przecież wynalazki.
A skoro wynalazki, to dlatego, że gotować nie umiem.
I oczywiście przyjęłam to wszystko, walcząc niezbyt zgrabnie o siebie, czyli wcale, zamknęłam gębę plus siebie w całości i grzecznie założyłam na siebie kolejną kłódkę.

Biegając z trasy w trasę, od salonu do salonu, od pieluchy, do obiadu, nie wchodziło w ogóle w grę spojrzenie na siebie, tym bardziej w taki sposób.
Od zatrzymania świata i przeprowadzki, mam na to przestrzeń i jestem ogromnie wdzięczna, bo teraz nie muszę jedynie trwać w poczuciu uwierania w boku z niewiadomego powodu i działać na siłę, teraz mam przestrzeń na spojrzenie, którego całą sobą potrzebuję.

Na wspomnienia, czucie i spokojną analizę...

Ten luksus kosztuje mnie wiele płynących łez i kujących ponownie przeżyć, ale to jedne z najpiękniejszych kosztów jakie mogę ponosić.

Widzenie, zyskanie świadomości, dlaczego jestem w tym miejscu i dlaczego jestem taką właśnie Istotą, a co za tym idzie, droga z własnej, szczerej perspektywy, to coś, czego naprwadę każdemu życzę.

Wymaga pogrzebania, ale ile układa...

Odnalazłam jeszcze więcej blokad, bo iluż to wszystko tematów dotyczyło, i podejrzewam, że jeszcze trochę odnajdę.

Wertuję więc dalej podręcznikowo biblioteki wspomnień i tworzę siebie na nowo, z nową jakością i zadowoleniem, mimo że nadal jeszcze nie do końca wiem gdzie to wszystko mnie prowadzi...

W międzyczasie tańczę coraz więcej... i śpiewam... i ciekawym jest, że usłyszałam od tej samej osoby, która kazała mi nie śpiewać, że mam piękny głos... a od mamy, wręczając jej „Promyczek", że fajnie się to czyta.

Kiedy jesteś pewna,
kiedy wiesz, że to naprawdę Ty i naprawdę Twoje,
świat nie wniesie sprzeciwu.

Drugą więc sprawę i drugi mechanizm, zostawię na kolejną notatkę...

LuV U...
milka

milka giemza blokady blog


Niedziela, Październik 24, 2021, 10:45 | Brak komentarzy »
Zacznijmy od tego, że podchodząc do serii opowieści o tej niezwykle sympatycznej i w pełni wyjątkowej staruszce, wyciągnijcie proszę kije z dupy.

Jej niebywały urok osobisty wielokrotnie pobudza chęć uduszenia jej rękami własnymi, natychmiast, dosłownie, już, ażeby chwilę później te ręce opadły na ziemię z gruchnięciem ogromnym i uśmiechem pod nosem.
Czytając o przygodach Zośki i wkurzając się o brak ich realizmu, to jakby oglądać ekranizacje Marvela i wnerwiać się, że bohaterowie mają super moce... (gdzie zdecydowanie mniej realne są np. ostatnie części Szybkich i wściekłych...)
Nasza Zośka super mocy nie ma, chociaż radzę pamiętać, że jest emerytką, żyjącą w Polsce, w czasach obecnych...

Zofia Wilkońska rozwiązuje zawiłe sprawy skutecznie, niczym Herkules Poirot, z klasą charakterystyczną jedynie dla niej samej, bo jednak do dziewczyny Bonda to zupełnie nie ta droga, ale bomba atomowa w składzie porcelany jest już zdecydowanie bliższą metaforą.
Chociaż oczywiście miłym tonem i miłym słowem potrafi zarzucić.
Niemiłym również.

Do tej pory, na myśl o Zofii, widzę przed oczami obrazy starszej Pani i jej wózeczka na zakupy, naparzającej zbira kijem basseballowym, znajdującej trupa, przetaczającej się przez agencję towarzyską w odpowiednim kamuflażu, czy ustawiającej (już bez wózeczka) hierarchię więzienną.
Widzę również jej bolące biodro, które ma chyba zainstalowaną jakąś pompę adrenalinową, jej wzrusz na wspomnienia o mężu oraz pełny szok i wkurw na... a takie tam...

W tej części, w każdym razie, Zofia pokazała swoje oblicze nostalgiczne i refleksyjne, nie tracąc przy tym oczywiście pełni swojego ujmującego charakteru.
Jednak całość historii tym razem, toczyła się w dość stabilnym tempie, przyprawiana smaczkami o odpowiedniej porze. Fajne i przyjemne to tempo było, zwłaszcza przy wejściu Zofii w polityczne tematy, bo takowe jednak, zwłaszcza w ostatnim czasie, potrzebują bardzo spokoju i stabilności, skoro tło polityczne realnie jest niestabilne totalnie. A tego tła pomiędzy wierszami wyraźnie wypływało.

Całej stabilności zaburzyło jedynie zacne pierdolnięcie na ostatnich rozdziałach, gdzież to finał całej fabuły wybuchł dość nagle, tempo podskoczyło niczym Zofii ciśnienie i zadziały się rzeczy dość mocno zaskakujące i niespodziewane, zostawiając mnie ze zgrabnym pytaniem jak to się kurwa właśnie mogło skończyć?! chcę czytać dalej!

Czekam więc na kolejne części.
Z ogromną ciekawością.
Ogromnie niecierpliwie.

Ps. całości wizerunku tej części w moich oczach, zupełnie na wstępie, dopełnił całkowicie niezamierzenie mój mąż, który to postanowił pewnego dnia, spontanicznie, wejść do pewnej księgarni i od wejścia zarzucając zdaniem „Konkurencja się Pani pozbyła" wbić ekspedientkę w mocne zaskoczenie.
Po chwili ciszy pogłębiając to zaskoczenie stwierdzeniem „Konkurenci się Pani pozbyli"...
I rozluźniając sytuację dopiero dodaniem „taki tytuł... czy Pani ma...?".
Nie miała.
Zawału całe szczęście też nie.

LuV U
milka

jacek galinski milka giemza blog recenzja zofia wilkonska


Piątek, Październik 15, 2021, 15:08 | Brak komentarzy »
Czasem zwykły wypad do biedry potrafi zafundować podróż w czasie.

Moja tym razem zasmakowała otulającym słońcem północy Włoch, okraszona lekko wirującym bąbelkami orzeźwieniem o wyważonej słodyczy.
Jesienny powiew ustąpił na kilka chwil odczuciom pełni lata, radości, młodości...
Jako nastolatka miałam szczęście zwiedzić trochę słonecznej Italii... m.in. Asti, jego rejony oraz otaczające winnice...
Ależ tam jest pięknie...
Powiedzieć, że się zakochałam to mało, a wracać do Włoch mogłabym nieustannie...
Miałam również okazję spróbować tamtejszych win, w tym moscato... które długo wspominałam, nie mając przez lata okazji spróbowania go ponownie...


Któż by pomyślał, że wpadając jak bomba do dyskontu, trafię na butelkę ze znajomym napisem, czym otworzę sobie w głowie wrota do historii, które trochę zakopałam...

Kolejny raz zapadka zaskoczyła...
bo przecież zakopałam wspomnienia, które ewidentnie wywołują na mojej twarzy uśmiech, dodają skrzydeł i niosą serce wysoką falą...

Siedząc sobie w tej codzienności dwuletniej ostatniej, przewalając cegły i różne takie, wrota wielu wspomnień puściły swoje zamki...
Kiedy głowa nie była zajęta ciągłym ogarnianiem świata zewnętrznego, na koszt świata najbliższego, a ciało mogło docisnąć fizyczne czucie, myśli zaczęły płynąć przeze mnie jak przez sito...

Przeszłość jest piękną kopalnią wspomnień do zwiedzania.
Oczywiście, ma swoje różne zakamarki, w których nie warto utknąć na zbyt długo, jednak takie spacery to podróż niesamowita.

Uczestnicząc w biegu świata zewnętrznego łatwo pogubić swoje części, nie zdając sobie zupełnie sprawy, że odpadły...
W zatrzymaniu, nasz świat widać wokół nas jak gwiaździste niebo nocą, gdzie każda kosmiczna błyskotka jest pinezką naszych wspomnień...
Wystarczy sięgnąć po tą gwiazdkę z nieba i zobaczyć co nam pokaże...

W biegu trzymamy w garści tylko tyle ile trzeba mieć koniecznie, bo zbyt wiele nie uniesiemy...
Nasz nieboskłon przyjmuje w spokojną opiekę absolutnie wszystko...

Wspomnienia moich podróży są całkiem obszerną teczką, ale dopiero perspektywa spojrzenia wstecz spokojnie, pozwoliła mi to zauważyć.
Takich obszernych teczek, jak się okazało, mam całkiem sporo...

I wreszcie spojrzałam na to, jak moje życie jest niesamowite i jak bogate zawsze było.
Choć wspomnień na ciemnych kartach, które nie pachną fiołkami mam również pokaźne katalogi...
Jednak ten węgiel to też moje bogactwo... w końcu mam z czego rodzić swój diament.

Po latach biegu, mogłam wreszcie spojrzeć ile tych wspomnień jest...
Uczciwie i spokojnie popatrzeć na siebie...
I dopuścić wreszcie do istnienia w sobie, wspomnienia miłe i ciepłe... te, które skutecznie pozamykałam, bo w biegu świata były zbędnym obciążeniem...
Nieźle co...?

Wydawało mi się, że wszystko pamiętam, a jednak okazało się jak mało pamiętam... tzn. jak mało trzymam w pamięci podręcznej, a jak wielkie biblioteki wspomnień urosły we mnie w międzyczasie.

Są piękne, pokaźne, bogate...
Mam teraz co czytać, oglądać, przeżywać jeszcze raz...
Mogę poznawać i odkrywać siebie na nowo...

Spojrzenie wstecz na swoje drogi jest niesamowicie wciągające i niesamowicie wymagające jednocześnie...
Niektóre elementy mojej przeszłości, to wyjątkowo zawiły film, o wielopoziomowej fabule...
Czasem stwarzający wrażenie naciąganego po bandzie, a jednak w pełni realny...
Czasem liryka, czasem epika, czasem dramat...
Czasem komedia, czasem tragedia...

Na pewno wypełniony po brzegi.
Żadnego lania wody.

Przeszłości nie ma co nieść ze sobą, ale nie ma też po co jej zamykać.
Nie warto w niej tkwić, ale warto wracać po potrzebne materiały do nauki.

Warto patrzeć na siebie i swoją drogę.
Warto widzieć proces i zmianę.
Warto wspominać.

Korzystajcie ze swoich bibliotek z ciekawością.
Smacznego.

LuV U
milka

milka giemza wspomniania


Niedziela, Październik 10, 2021, 10:09 | Brak komentarzy »
"- Mam balonik.
 - A ja najnowszy samochód.
 I wielki dom i masę ciuchów.
 - A masz balonik...?
 - Nie.
 - To już masz."

Dzień dobry Piękna Istoto, 

mam nadzieję, że dobrze mijał Ci czas od naszego ostatniego spotkania...

Czerwiec.
Bardzo go lubię.

Sama nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że to najbardziej pozytywny miesiąc w roku.
Może dlatego, że zaczyna go Dzień Dziecka, a właśnie z dziećmi kojarzy mi się najbardziej radość. I kolory.
A w tej radości przecież, są właśnie kolory wszystkie...
Przeplatają się w nieustannym tańcu o różnym rytmie...
i niezależnie od mieszanki nut, zawsze w sercu pojawia się ciepły uśmiech...

Dzieci wiedzą jak żyć.
Tak po prostu wiedzą.
Wiedzą pięknie.

Cieszą się z byle czego, zachwycają nieustannie najmniejszymi elementami świata, wszędzie widzą światy cudowne i choćby istniały jedynie w ich głowach, to są dla nich jak najbardziej realne...

Dzieci.
Mali Twórcy.

Jedyne Istoty, potrafiące zrobić zupę z błota i sałatkę z trawy, które jako najlepszy obiad na świecie, nakarmi ich w pełni...
Potrafiące płynąć tratwą na tafli betonowych alejek, niczym na falach oceanów...
Zawierające największe przyjaźnie z ptakami, mrówkami i ślimakami...
Czytające najnowsze newsy od świata, prosto z sunących po niebie obłoków...
Słyszące najpiękniejsze melodie w podmuchach wiatru...
Wstające na nogi, niezależnie od ilości i siły upadków...

Podziwiam dzieci.
W każdym ich ruchu.

Ucząc się od nich stawiania ponownie pierwszysch kroków...
Ucząc się zachwytów, otwierających na świat...
Ucząc się wdzięczności za istnienie każde i jakiekolwiek...
Ucząc się prawdy emocji i pełni ich wyrażania...
Ucząc się śmiania do rozpuku i płaczu do braku tchu...

Ucząc się mówienia NIE, tupania nóżką i przywracając dzięki temu swoją wartość...
Ucząc się widzenia świata niewidzialnego dla oka i tworzenia własnego świata, nieistniejącego dla nikogo innego...
Ucząc się przyjmowania i łaknienia prezentów pod każdą postacią, "bo tak"...

Bo gdzieś, po drodze życia, ktoś powiedział mi, że muszę już dorosnąć... chociaż w sumie, chyba nie do końca wiedziałam, co to znaczy...
I mówiąc szczere, to do końca nie wiem nadal...

Wiem tylko, że newsy czyta się w gazetach, muzyki słucha w głośnikach i najlepiej takiej dobranej do okazji, a i nie za głośno...
Kiedy coś zachwyca, to łapie się krótki oddech i grzecznie mówi "dziękuję"...
Kiedy czuje się radość, to uśmiecha się szeroko i najlepiej "z ząbkami", czasem wydając z siebie drobne "haha"...
a kiedy czuje się smutek, to najlepiej przełknąć go ze śliną i ewentualnie później wypłakać w poduszkę, bo lepiej, żeby nikt nie widział...
Odmawia się spokojnie i delikatnie, równie delikatnie argumentując swoją odmowę, żeby nikomu nie sprawić przykrości, a jak argumentów brak, to się nie odmawia, bo przecież nie ma powodu...

Wiem, że światy realne to tylko takie, które widać gołym okiem, a najbardziej realne to te, których da się dotknąć...
A te wszystkie dźwięki i głosy, to coś nie fajnego jednak i lepiej je ignorować...
I wiem już też, że na prezenty się spokojnie, cicho czeka, bo są okazje, kiedy ma się je dostać i to zależy od innych ludzi, w sensie tych, którzy mają nam je dać...

Ta dorosłość taka jest poukładana i ładna...
i miła nawet trochę...

Tylko mało w niej jakby kolorów, jak dla mnie...
I wszystko takie równe jest, choć nie do końca umiem określić, co to równe dla mnie znaczy...

O! I cekinów nie ma! I tiulu!
Nawet takich równych... i nawet nie różowych...

I mawiają, że to naturalna kolej rzeczy...
że taka jest człowieka droga...
że każdy dorasta, a jak nie dorasta, to nikt inny go nie chce...

Tak jest podobno.
Wiem, bo ktoś mi powiedział.
I to ktoś dorosły i ważny.
Więc pewnie miał rację.

Ale ja lubię te tiule i cekiny...
i różowy...
i niebieski, zielony, żółty, pomarańczowy...
i czerwony też lubię...
i fioletowy...

I ciężko mi się zdecydować na jeden kolor, żeby było choć trochę równo...

I brakuje mi ciastek, lodów i baloników... ot tak!
Brakuje mi muzyki wiatru i przyjaciół, co mieszkają w trawie...
Biegania boso mi brakuje...
I gadania do ptaków...

I tak sobie myślę, że nie pasuję trochę do tej dorosłości...
że chyba nie umiem w nią jednak...

I jak sobie o tym myślę, to trochę mi smutno nawet, ale nadal smutku po prostu przełknąć nie umiem...
W szkole orłem nie byłam, jak to się mawia i chyba w dorosłość też mi nie idzie jakoś...

I chyba właśnie dlatego tak lubię ten czerwiec...

Bo mi przypomina, że wszystkiego umieć nie muszę, bo w nim i szkoła się kończy...
Bo przynosi mi niebieskie niebo i puchate chmuru do oglądania...
Bo zieleń drzew jest wyjątkowo w czerwcu soczysta...
Bo słońce mocno tuli, a ciepło ziemi prosi o zrzucenie butów...
Bo trawa staje się metropolią dla małych przyjaciół, a ptaki gadają od świtu do nocy...
I wiatr szumi różne historie, jeśli tylko chce się ich posłuchać...

I jakbym zapomniała w codzienności o radości, to czerwiec całym sobą przypomina mi, że dorosłość jest przereklamowana...
że równość ma inne płaszczyzny, niż ułożenie wszystkiego pod jedną linijkę...
że nie każdy dorosły jest taki mądry...
i że czasem wiele mądrzejszych głosów, mam w swojej głowie...

A! i że świat mogę widzieć jaki chcę i gdzie chcę!
Bo jest mój.
I mogę go sobie nawet zrobić.
I zrobię!
I Ty też zrób! Sobie swój!

I w niebo popatrz.
I wiatru posłuchaj.
I ciastko zjedz.

I daj komuś buziaka bez powodu.
Albo w tyłek kopnij, jeśli trzeba.

I wiesz co?
Dziś mam do Ciebie prośbę...

Dziś.
Najpierw.
Przede wszystki.

ZRÓB SOBIE PREZENT!
Bez okazji i bez powodu.

I ja też sobie zrobię.
Bo mogę.
Bo tak.

I będę się tym zachwycać.
I Ty też się zachwycaj.


Ściskam Cię mocno...
milka

milka giemza oldletter czerwiec

Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem