Sobota, Listopad 6, 2021, 13:24
Wspomnienia napływały niczym morskie fale...
Rzeczywistość była stabilna niczym piasek pod stopami... niby ten grunt był... niby twardy... ale też miękki, przyjemny, ciepły, otulający... a jednocześnie osuwający się nie wiadomo kiedy i pod jakim wpływem...

Były fale ciepłe, pełne spiętrzonej, przyjemnie zabawnej piany... były też zimne i mocno cucące... czasem cucące przyjemnie, czasem zdecydowanie mniej...

Działanie na codziennym automacie biegu, nie dopuszcza nawet na chwilę jakiegokolwiek sposobu spojrzenia na siebie, prócz kwestii wyglądu zewnętrznego, na potrzeby życia w zewnętrznym świecie.

Zatrzymanie, rezygnacja z wiecznego wyścigu o nic, to jakby wejście do Narnii przez szafę, z tą różnicą, że to Narnia jest rzeczywistością.

Okazuje się nagle, że nasze własne pokłady doświadczeń bywają zdecydowanie bardziej bogate niż pokłady doświadczeń innych ludzi. Jednak mamy chyba tendencję do umniejszania sobie, a gloryfikowania innych.

Mamy też, co prawda, czasami, zacną tendencję do umniejszania innym, na swoje potrzeby, jednak wcale nie podnosi to w żaden sposób naszej wartości, działając wręcz przeciwnie.

Fale moich wspomnień pokazały mi dwie sprawy.

Po pierwsze...

część wspomnień działała na mnie cudownie zmiękczająco i rozluźniająco.
Zatapiałam się w nich, niczym czytając kolejne książki.
Historie to były różne, w większości zatopione w dzieciństwie i czasach nastoletnich...
łączyła je jednak pewna stała...
mechanizm, który każdemu z nich towarzyszył i wywoływał we mnie, konkretną reakcję.

Blokady.

Myślałam sobie o tym jak bardzo kiedyś lubiłam tańczyć.
Zawsze i wszędzie, niezależnie od muzyki i formy parkietu lub jego braku, zawsze wyrywałam się pierwsza, na środek i tańczyłam ile wlezie, nie zwracając uwagi na cokolwiek wokół.
Kiedyś nawet, w dzieciństwie, chodziłam na zajęcia taneczne, choć przestałam. Z kilku powodów.
W tych rozmyślaniach wpadła mi do głowy sytuacja, kiedy bliska mi dusza, w potocznych instagramowych zapytaniach o tytule „pokaż mi zdjęcie...", poprosiła o zdjęcie, na którym tańczę...
Nie miałam.
W zbiorze ujęć lat ostatnich dziesięciu, nie miałam nic, poza jednym zdjęciem z wesela, na którym dygam sobie powoli z roczną córeczką.

Najgorszy dla mnie w tej świadomości był fakt, że problemem nie był tyle brak zdjęć, co brak tańca w moim życiu...

Wesele, czy tego typu impreza, to nie do końca ten taniec...
To nie ten z siebie, z wnętrza, nie ten uwalniający, dziki, jedynie własny w pełnym odczuciu...
W latach nastoletnich taniec, ten praktycznie codzienny, własny, dla siebie, nie dla kogoś, był dla mnie uwolnieniem wszelkim... emocji, napięć, blokad, wstydu... wszystkiego co mnie obciążało...
Potrzebowałam dojrzeć do stanu tańczenia i tej odwagi puszczenia ciała, niezależnie od możliwości jakichkolwiek ocen...
A może te oceny miały dla mnie po prostu zdecydowanie mniejsze znaczenie niż proces, który podczas tego tańca się we mnie toczył...
I radość, którą wyzwalał...

Było tak do czasu, kiedy zostałam matką...

Wspominałam sobie też ile śpiewałam...
Najczęściej w samotności co prawda, ale pełnym głosem.
Choć żadna ze mnie piosenkarka, to czułam się dobrze z wydawanymi tonami, a przynajmniej nie drażniły mnie znacznie, więc fałszowałam raczej w granicach możliwości słuchania.
I słyszałam swój głos, co było ciekawym doświadczaniem siebie na bieżąco.
A kiedy potrzebowałam wywalić wkurw, to się najzwyczajniej w świecie darłam.
Zacnie i w mega szybkim tempie puszczało wszelkie ciężkie emocje.

Nasze ciało, to piękne narzędzie doświadczania.

Oczywiście śpiewać przestałam, co zauważyłam wspominając jak to było fajnie śpiewać kiedyś.
Przestałam w podobnym czasie, kiedy przestałam i tańczyć.

Od dziecka również pisałam.

I przypomniałam sobie, kiedy mając około 6-7 lat, wydałam swój „tomik wierszy".
Napisałam ich kilka.
Krótkie frazy to były.
Nie do końca pamiętam o czym, ale były dla mnie zdecydowanie znaczące i byłam z nich dumna.
Zwłaszcza, że każdy napisałam na osobnej kartce, każdy zilustrowałam, a na koniec zszyłam kartki ze sobą. Nitką. Czerwoną.
Tak, pamiętałam o okładce.
Radość roznosiła mnie tak bardzo, że na samo wspomnienie nadal ją czuję.
Ciało pamięta.

Pisać przestałam.
Z kilku powodów.
Pierwszy był najbliższy temu wspomnieniu.

Z roznoszącą mnie radością, poszłam przedstawić swój „tomik wierszy" rodzicom.
Pokazałam, przeczytałam.
Dałam obejrzeć im dokładnie wszystko, opisując wiersze, obrazki, emocje...
I pamiętam uśmiech mojego ojca, jego gratulacje, bo stworzyłam swoje pierwsze, samodzielne „dzieło" oraz stoicką minę mamy, która z równie stoickim spokojem powiedziała, że super, ale to chyba jednak nie nadaje się do pokazania szerszej publiczności... ale oczywiście tak dla siebie napisać, to super.

Od tamtej pory, choć ciągnęło mnie strasznie, nie napisałam nic, aż do liceum.
W szkole średniej jednak, trzeba było umiejętności pisarskie puścić ciut ze smyczy, co robiłam na początku bardzo powściągliwie, nie pamiętając żywo dlaczego tak robię.

Po jakimś czasie odważyłam się.
Przez całą szkołę, słyszałam od swojej polonistki, że piszę dobre streszczenia dobrych streszczeń i ona oczekuje, że jej udowodnię, że piszę to sama.
Próba wejścia mi na ambicję, kończyła się moją totalną blokadą, z prostego powodu – nic, nikomu, nie muszę udowadniać i nie będę.
Nie skończyło się to dla mnie najlepiej w kwestii szkolnej.
Również w kwestii ogólnej, własnej, prywatnej.

Po raz drugi przestałam pisać.

Zaczęłam, bo kolega namówił mnie na założenie bloga.
Nie czułam tego, nie chciałam, broniłam się i wiele moich tekstów, mimo technicznej poprawności, było płytkich i pustych.
Przynajmniej ja to widziałam.
Nie na wyrost.
Po prostu nadal bałam się pisać po swojemu.

Blog odpaliłam w 2012 roku...
Niby był, ale wewnętrznie totalnie nie chciałam, żeby ktokolwiek go czytał.
Jednak trwał, a ja oswajałam się z nim i z powrotem do pisania...

Oswajam się nadal, tak mówiąc szczerze...
Jednak teraz widząc świadomie, skąd pochodzą moje blokady, odważam się w innej formie i innych emocjach.

Przede wszystkim w zrozumieniu.

Zrozumieniu siebie, bo wiem skąd blokady, przypomniałam sobie, poznałam i dojrzale spojrzałam na swoje uczucia.

Oraz zrozumieniu innych...
mojej mamy, która chciała chyba obronić mnie przed krytyką osób trzecich, paradoksalnie w tej chęci obrony, raniąc mnie najmocniej...
mojej polonistki... bo to, że ona nie dowierzała w moje umiejętności było jej niedowierzaniem, a nie moim brakiem, a także to, że taki miała zawód, w takim a nie innym systemie... może mogła nie cisnąć aż tak, a może nie mogła... ale to nadal nie jest moją kwestią.
Finalnie wiele swoich tekstów na blogu i innych usunęłam, i teraz tworzę kolejne w totalnie innej perspektywie.
Przede wszystkim w pełni swojej.

W taki sam sposób zablokowałam taniec... bo usłyszałam kiedyś, że nie wypada, że nie umiem, że teraz jestem matką i potańczyć to mogę z dzieckiem...

Zablokowałam śpiew... bo posiadając już pewne blokady, jeśli śpiewałam, to na pół głosu...
a na pół, to nic nie działa i nie brzmi... podśpiewując więc nieśmiało, usłyszałam kiedyś, żebym już nie śpiewała raczej.
Zamknęłam się i w tej kwestii.
Dosłownie.

W taki sam sposób przestałam gotować.
Zawsze to lubiłam.
Przede wszystkim kombinować w kuchni.
I, o dziwo, łączenie smaków, zwłaszcza skrajnych, wychodziło mi całkiem dobrze.
Jednak, kiedy dużo pracowałam, jadłam przede wszystkim w trasach i na mieście.
W domu gotowałam mało, bo najzwyczajniej w świecie mnie w nim nie było.
Szybko dostałam więc etykietkę tej, co gotować nie umie.
Wiecie jak to bywa... nie gotuje, bo nie umie. Innej opcji nie ma.
Tym bardziej, kiedy już dorwałam się do kuchni i czasu wolnego, gotowałam po swojemu, a wtedy to już masakra była, bo toż to przecież wynalazki.
A skoro wynalazki, to dlatego, że gotować nie umiem.
I oczywiście przyjęłam to wszystko, walcząc niezbyt zgrabnie o siebie, czyli wcale, zamknęłam gębę plus siebie w całości i grzecznie założyłam na siebie kolejną kłódkę.

Biegając z trasy w trasę, od salonu do salonu, od pieluchy, do obiadu, nie wchodziło w ogóle w grę spojrzenie na siebie, tym bardziej w taki sposób.
Od zatrzymania świata i przeprowadzki, mam na to przestrzeń i jestem ogromnie wdzięczna, bo teraz nie muszę jedynie trwać w poczuciu uwierania w boku z niewiadomego powodu i działać na siłę, teraz mam przestrzeń na spojrzenie, którego całą sobą potrzebuję.

Na wspomnienia, czucie i spokojną analizę...

Ten luksus kosztuje mnie wiele płynących łez i kujących ponownie przeżyć, ale to jedne z najpiękniejszych kosztów jakie mogę ponosić.

Widzenie, zyskanie świadomości, dlaczego jestem w tym miejscu i dlaczego jestem taką właśnie Istotą, a co za tym idzie, droga z własnej, szczerej perspektywy, to coś, czego naprwadę każdemu życzę.

Wymaga pogrzebania, ale ile układa...

Odnalazłam jeszcze więcej blokad, bo iluż to wszystko tematów dotyczyło, i podejrzewam, że jeszcze trochę odnajdę.

Wertuję więc dalej podręcznikowo biblioteki wspomnień i tworzę siebie na nowo, z nową jakością i zadowoleniem, mimo że nadal jeszcze nie do końca wiem gdzie to wszystko mnie prowadzi...

W międzyczasie tańczę coraz więcej... i śpiewam... i ciekawym jest, że usłyszałam od tej samej osoby, która kazała mi nie śpiewać, że mam piękny głos... a od mamy, wręczając jej „Promyczek", że fajnie się to czyta.

Kiedy jesteś pewna,
kiedy wiesz, że to naprawdę Ty i naprawdę Twoje,
świat nie wniesie sprzeciwu.

Drugą więc sprawę i drugi mechanizm, zostawię na kolejną notatkę...

LuV U...
milka

milka giemza blokady blog


Brak komentarzy.
(*) Pola obowiązkowe
Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem