Piątek, Sierpień 13, 2021, 08:38
Weszłam w świat makijażu i stylizacji z otwartą głową, sercem i ramionami.
Ogólnie wszystko ładnie, pięknie.
Dokładność i siła popadania w temat mi sprzyjały, więc dość szybko zaczęłam współpracę z pierwszym koncernem, dość szybko dostając plaskaczem realiów w twarz.

Dostajesz plakietkę make-up artist, kufer i grafik oraz milion materiałów szkoleniowych plus samo szkolenie przeważnie, choć okazuje się, że czasem regułą to nie jest...

mówią ładnie o tym jak to masz cudownie działać, upiększać kobiety, polecać zajebiste rzeczy i zarabiać przy tej okazji z lekkością, no bo przecież to Twoja pasja i misja...
więc generalnie sprzedawaj więcej niż maluj, miejsce często masz realnie nie ogarnięte wymogami, wymogi raczej pozostają w teorii, a pod grafikiem masz raport dokładnej sprzedaży...

Starałam się przykładać więc i wyciągnąć z tego jak najwięcej dla siebie. Głównie informacji i doświadczenia, bo te zarobki z pasji to jednak przewiane były zacnie...
Ludzie w korpo przeważnie traktują Cię zwykle jak kolejne nazwisko na liście i dopóki nie odwalisz czegoś zajebistego lub w drugą, czegoś na maksa do bani, pozostajesz jednym z wielu jednakowych ludków...

Ale poznajesz też wielu ludzi z branży poza tym korpo i jest czasem trochę inaczej...

Jednak na tym etapie ratowały mi głowę makijaże okazjonalne z wolnej stopy i sesje zdjęciowe.

Dwa światy totalnie.
Ten z korpo i ten artystyczny.

Szybko poszłam dalej...

Ten etap nauczył mnie pilności, pracowitości, dokładności, samokształcenia, szerszego spojrzenia na ludzi i z lekka wyostrzył mi język, choć jeszcze malutka w sobie byłam strasznie...

Kolejne firmy szlifowały moje doświadczenia w podobny sposób, z tą różnicą, że nie dawałam się już tak łatwo robić w bolo...

Do tego zdecydowanie stawiałam na relacje i to one pozostały mi na lata dalszej pracy, niezależnie od przypisania do jakiejkolwiek marki. Mogłam więc płynąć niezależnie od sprzyjających lub nie, fal z przypiętą metką...

Wtedy jeszcze nieświadomie, ale już budowałam swoją markę osobistą...
To jest najpiękniejsza dla mnie część, bo po wielu latach nadal mam kontakt z wieloma osobami z tamtych czasów i nadal po latach, wiemy kim jesteśmy i reagujemy na siebie uśmiechem na twarzy...

Bardzo wiele nauczyłam się o marketingu w praktyce.
Nauczyłam się również bardzo wiele o kosmetykach z obserwacji.
Na ten moment potrzebuję max kwadrans, żeby zrobić podstawowe określenie produktu pod szkolenie...
Tak, da się.

A najwięcej nadal uczyłam się o ludziach.

Ta droga generalnie skutecznie skrzywiła moją ścieżkę zawodową...

Wszelkie współprace z markami i salonami stały się dla mnie działalnością ciut konieczną, jednak bardziej poboczną i zaczęłam wybierać z kim pracować chcę, a z kim nie...
Albo czułam w jakiejś marce lub salonie flow z ludźmi i było fajnie, albo jednak się żegnaliśmy...
Takie było dla mnie podstawowe kryterium...
Choć nie powiem, żeby było łatwo...

Skupiłam się na pracy z klientem indywidualnym.
I tu zgubiła mnie na początku praca na niewiadomej i obawy o brak klientów...
Balansowanie na granicy „zrobić co Pani sobie życzy" mimo iż wiem, że to nie zgra, czy postawić na swoim i zrobić swoją robotę dobrze, było dla mnie trudnym dylematem wielokrotnie...

Ten czas był dla mnie ogromnym treningiem obserwacji, komunikacji i asertywności...
i treningiem realnej pokory...

I to łatwe nie było, jednak dzięki temu potrafię analizować dość szybko i trafniej podejmować decyzje.

Tak się wszystko toczyło przez czas jakiś w miarę stabilnie z przygodami różnymi, aż dobiliśmy do czasów boomu trendów wszelakich, w kwestii urody i makijażu...
Kolekcje nie pojawiały się już raz na pół roku, a co miesiąc, nowe techniki wyrastały jak grzyby po deszczu, a stare, dzielone na drobne elementy, zyskiwały nowe nazwy i przypisywano im masę nowych kosmetyków koniecznych do stosowania, bo przecież inaczej się nie da...

Stara dobra szkoła umierała...
Artyzm i indywidualizm, zostały skutecznie wyparte przez fast fashion, a marketing tańczył na parkietach salonów solówki...

Wyraźnie przestawała się liczyć podstawa, jakość, kreatywność, wchodziła reklamowa magia i kropka.
Marki przestawały inwestować w dobre szkolenia, informacje i dobrą kadrę, inwestowały natomiast w social media, blogerów i szybkie wzmianki...
Świat internetów stawał się coraz bardziej słitaśny, kolorowy, cukieraśny i zajebisty, a realia drążyła ciemna strona tego medalu...

Kiedy prosiłam marki o dokładne informacje o nowościach pod szkolenie czy spotkanie, to najczęściej z pięknym uśmiechem i potwierdzeniem, docierały do mnie na ostatnią chwilę...
z tym jeszcze dawałam radę coś zrobić, bo jednak doświadczenie mam grube.
Tak, wiedzieli, że ogarnę.

Jednak przyszedł dzień, kiedy poprosiłam pewną dziewczynę od PR jednej z marek, żeby powiedziała mi jaki ma zamysł ogólny na organizowane spotkanie z przedstawieniem kolekcji, co marka chce tą kolekcją przekazać, a ona stwierdziła „zrób magię, będzie dobrze" i poszła uśmiechać się do gości... to jednak mnie jebnęło skutecznie...

Pierwszy raz nie wiedziałam co zrobić...
Trzymając w ręku kilka kartek i mając do zrobienia przed prezentacją kilka makijaży, miałam pustą głowę...

Po spotkaniu okazało się, że zamysł był...
tylko przygotowywany i omawiany w biurze, myślę jednak, że również raczej w formie pięknego ogółu...
pięknie okraszony uśmiechem na spotkaniu...
a ja dostałam kolejną robotę do odwalenia, jako mało ważny przecież człowieczek, bo z małą ilością obserwatorów w social media...

Wracałam wtedy do domu z porcją ciężkich przemyśleń w głowie...
i zapadła we mnie decyzja o jebnięciu tego wszystkiego po raz pierwszy.
Na ten moment w kwestiach współpracy z marką jakąkolwiek na stałe.

Skupiłam się na pracy z moimi kochanymi klientkami, których od lat miałam piękne grono, a do tego bardziej ruszyłam w szkolenia, również zawodowe.

Na tym etapie dostałam plaskaczem realiów w twarz po raz kolejny....

Pracowałam realnie dużo, ale mało meldowałam w sm swoich działań...
Lubię być miła, ale słitaśność w moich żyłach nie płynie, a relacje wolę nadal budować realnie i raczej konkretnie, a zdecydowanie prawdziwie, nawet jeśli w sieci...
Lajeczki nie rosły więc w tempie zastraszającym i jak dla mnie nie miało to znaczenia, tak okazało się, że dla wielu osób tak... swoich klientek nie straciłam, bo znały moją jakość, ale nowe osoby postrzegały mnie już przez taki właśnie pryzmat... „nie masz lajków? To słaba jesteś... dopiero zaczynasz...?"...
Jeb.
Nie ważne ile wiesz i ile umiesz...

Wizażystek na szkoleniach nie interesowały szczegóły i podstawy.
Chciały kupić jedną technikę i koniec.
Najlepiej jak najtaniej i jak najszybciej.
I co najfajniejsze, bardzo często, chwilę później zaczynały same prowadzić szkolenia...
A niektóre nie potrafiły nawet rozróżnić barw ciepłych od zimnych, nie wspominając o innych aspektach kolorów, czy w ogóle o kształcie twarzy i jej elementów...
Bardzo modne konturowanie robiono z szablonu, niezależnie od rysów i odcienia skóry, co najczęściej skutkowało powstaniem na twarzy wielu plam o nieokreślenie dziwnej szarości... niemniej okraszone to było stwierdzeniem „tak ma być, to najnowszy trend, kosmetik za pińcet, będzie Pani zadowolona, to w świetle będzie wyglądać inaczej"... tylko szkoda, że często jeszcze gorzej...

Jeb.

Zamiotło mnie też kilka sytuacji na sesjach biznesowych...
Przestałam więc w takich brać udział, chyba, że znałam ludzi już wcześniej...
bo...
zobaczyłam jak wiele osób chce budować swój wizerunek totalnie nieprawdziwie...
jak wiele osób, tym zdjęciem, na wstępie, chce klienta w sumie oszukać...
jak wiele jest spojrzenia na klienta jedynie w kwestii pieniędzy...
i jak w sumie fałszywe ogólnie to podejście do klienta jest... nawet w tak pięknych tematach jak mindfullness czy wzrastająca duchowość...

Jeb.
Wymiękłam po raz kolejny.

Najbardziej jednak w tym wszystkim zasmuciło mnie to, co działo się z kobietami...
Tymi, które nie znają kulis tego wszystkiego...
Tymi, które po prostu chcą ładnie wyglądać... na okazję, czy bez niej...
One po prostu przepadły w całym szale tych trendów i mustheavów...

Dojechane pędem życia i ciśnieniem społecznym, narzucały sobie samym i sobie nawzajem, chomąto wymogów i ograniczeń...

Już nie zawsze chciały wyglądać ładnie, ale chciały wyglądać modnie.
Już nie zawsze miały w głowie zamysł na siebie, ale chciały mieć na sobie ten konkretny kosmetyk, bo w reklamie wyglądał tak super...
Już nie chciały widzieć prawdziwych efektów, chciały widzieć na sobie efekt z tej czy innej reklamy... często niedościgniony...
I tym samym często były z siebie coraz bardziej niezadowolone...

Coraz częściej makijaż musiały robić, nawet jak nie chciały...
musiały, bo ogarniał je strach, że bez niego wyglądają tak źle...
Coraz częściej ten makijaż był coraz mocniejszy, bo już nie wystarczał...
Coraz częściej, wraz z gubieniem naturalności skóry i rysów, gubiły siebie...

Jeb.
Cała moja misja, żeby kobiety czuły się pięknie i wyglądały pięknie, co miało działać na nie w obie strony, w tym momencie straciła sens...

Narzędzia makijażu i stylizacji, stały się niczym narzędzia oprawcy, a co najmniej niczym kajdany...

Zobaczyłam taki poziom zakłamania świata, w którym nie chciałam uczestniczyć...

Nie chciałam więcej przykładać ręki do tego procederu dobijania kobiecości i tożsamości...

Najzabawniejsze jest to, że nie mam nic przeciwko makijażowi, stylizacji, botoksom, medycynie estetycznej, czy operacjom plastycznym.
Nie mam.
Jeśli wychodzą one z realnej potrzeby wewnętrznej i odpowiadają na tą potrzebę zadowoleniem, radością, czynią tą zmianę pozytywną.
To jest piękne i o to chodzi.

Jedak szala mocno przeważała stronę działania pod presją strachu odrzucenia...
odrzucenia przez męża czy partnera, odrzucenia przez koleżanki, odrzucenia przez społeczeństwo, finalnie skutkując odrzuceniem siebie...

Nie, nie generalizuję.
Oceniam jedynie z własnego doświadczenia poziom i proporcje.
I powiedzmy sobie szczerze, że zasób do analizy miałam bardzo szeroki... z kwestiach zasięgów, terenu, wieku, statutu społecznego, działalności różnej, potrzeb i ilości oczywiście...
Pracoholizm miał ten plus.

Smutno mi w każdym razie było.
Wiele razy poczułam, że to nie mój świat.
Mój jest gdzieś indziej... tylko jeszcze nie wiem gdzie...
W każdym razie ten powyższy, z powyższych powodów postanowiłam porzucić.

Nie miałam i nie mam chęci przykładać ręki do tworzenia kolejnych złudzeń...
Nie mam chęci na tworzenie światów nierealnych...
Nie mam też już więcej chęci bycia maskotką, która jest dziwna, ale którą przyda się mieć blisko, bo robi dobrą robotę...

Może utopijne to, ale wierzę jednak, że da się zbudować świat szczery, na mocnych fundamentach...
I w tą stronę na razie idę...

Po drodze postanowiłam więc wrócić do korzeni...
c.d.n.

LuV U
milka

milka giemza moje powody po raz drugi
milka giemza moje powody po raz drugi
milka giemza moje powody po raz drugifot. Mo Sasal


Brak komentarzy.
(*) Pola obowiązkowe
Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem